piątek, 28 grudnia 2012

Jeden dzień

Ot taki film. One day. Z alkoholem i "przypadkowymi partnerami" na każdym niemal kroku. No dobrze, niezła role aktorów, jak to się mówiło, pierwszoplanowych(?). Niezła. Mimo wszystko, obejrzałam do końca. Wiesz, postawił mi pytania. Dzisiaj. Jeden dzień. A za parę dni? Miesięcy? Lat?
Te parę lat zweryfikuje plany i marzenia. Nie mam pojęcia, co będzie za parę lat. Może i wiem, co chciałabym, by było, ale cóż z tego... Nie wiem, czy jeszcze będziemy w kontakcie... Może zostaniemy "po prostu przyjaciółmi", a może nie... 

Tak się mówi, pięknie, że morze to jest szerokie i głębokie, a chyba- to się małpa na drzewie. (Co jak co, polska edukacja, a raczej jej etap, zwany szumnie, acz popularnie gimbazą, potrafi nauczyć czegoś, co pamięta się przez całe życie). 

My to jednak mamy szczęście- dlaczego? Odsyłam do Betlejem, ok 2000 lat temu. Mogę ci o tym opowiedzieć, jeśli tego potrzebujesz. Jeśli tak- just call. 

Pozdrawiam cię
ja.

wtorek, 18 grudnia 2012

Rola życia

Artysta ze spalonego teatru, ale artysta jednak. Nie ma desek sceny i kurtyny. Ot tak, jak w życiu.
Trwa ciągła walka i to boli. Ot tak, fizycznie. To się przenosi z głowy. Z serca.
Przychodzi wyzwolenie. Tak, przychodzi. To jest takie powtarzalne. Z nadzieją, że się kiedyś zejdzie z tym życiowym.
Poziom zero, ten kawałek podłogi, wiele uczy. O ile jest się w stanie przyjąć jeszcze jakąś lekcję.
Trochę dramatu, by zahaczyć o serca.
Bez szans i nawet pragnienia braw; jeżeli w ogóle z pragnieniem, to tegoż właśnie serca.

Zapraszam dziś wieczorem, będziemy tam grać, czy też żyć,
ja.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Czasem trzeba mieć na wszystko ...wyjechane.

W gruncie rzeczy, mało mnie już obchodzi twoja interesowność, wcale nie rusza mnie to, że dajesz mi w twarz. Wkurzasz mnie, ale tak łagodnie. To takie, w rezultacie, zabawne.

Bardzo mamy piękny, ponury zimowy dzień. Jest dokładnie taki. Simultaneously.
Grunt, że jest, bo mogłoby go nie być zupełnie. To nie byłoby fajne. Potrzebujesz jeszcze przecież trochę czasu, jeszcze troszeczkę.

A Ty? Ty i przede wszystkim Ty, - set me free.
Ostatnio w temacie wyzwolenia.

Z poczuciem, że ktoś w ogóle cares.
Pozdrawiam cię,
ja.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Grudniowe noce

Czasem czekamy na coś zbyt długo, albo za mocno tego chcemy, by w rezultacie, pokornie przyjąć coś z deczka innego. Czasem mamy umanię domykania wszelkich drzwiczek szaf, innym razem znów możemy przez tydzień żyć we wzglęgdnym bałaganie i nie wychodząc po kilka dni z rzędu z mieszkania. Ogólnie, dziwny jest ten świat, trudny jest człowiek. Człowiek człowiekowi światem, katem i powiatem. Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie,  a marzenia w głowie.

Marzy mi się ciepły, jasny pokój, cisza, dobra książka, gorąca herbata, ciemna noc.. Innymi słowy,trochę ciepła, poczucia bezpieczeństwa, przynależności i radości.

Teoria wyśmiania niepokonanej przeszkody nabiera nowego znaczenia. Ja to się, nie powiem, czasem tak ubawię.

Zasnę.
ja.

środa, 28 listopada 2012

Studium z natury

Był sobie raz taki kolo, który napisał taką cieniutką książeczkę o pewnym chłopcu. Wiesz, co pisał? Też chciałabym czasem nie wiedzieć. Jednak myślę, że kiedy stworzył ogród pełen róż, to doskonale je najpierw zasadził, podlał, przyciął. I one wtedy mogły rosnąć. Mogły sobie być i dobrze wyglądać, i pachnieć. Ot taki różany los. 

Założyłeś grunt. Wybrałeś farby. Przygotowałeś pędzle. Pozwoliłeś, by ktoś inny malował. A on nie chciał malować po Twojemu. Malował, nie patrząc już na Ciebie. Gdzie jest studium z natury? Gdzie godziny obserwacji, kontemplacji, wczucia? Gdzie nasza sztuka? Gdzie słodki smak tempery i tajemnicza woń werniksu? 

Aż by się chciało zawołać, wcale nie cenzuralnie. Tylko po co. 

Różany los bez nie możliwy bez warunków wzrostu. 

Zapach szkolnej szatni na moim swetrze. No dajcie spokój. 

Podniesiesz podarte płótno. Złożysz cierpliwie i z miłością, włókno po włóknie. Bezimienny Kot będzie się grzał przy kominku. Uśmiechniesz się tylko pobłażliwie słysząc "groźby", że po kolejnym zawodzie nie będzie już czego zbierać. Jesteś Artystą. Twoja branża to "Coś z niczego". Jesteś najlepszy. Twoja kategoria to: arcydzieła. 


niedziela, 18 listopada 2012

Tak, to o tobie.

Chciałoby się tak bardzo rzucić wszystko i być gotowym. Działać, podróżować, napędzać, zdobywać. Chciałoby się nawet to wszystko robić w szczytnym celu, szaleć w tym celu i tenże cel ofiarować tak do końca. Po prostu PÓJŚĆ. Zdobyć świat.

Jednak wspomij mi tylko o ciepłej kuchni i wspólnym działaniu. Głupim serialu oglądanym nie głupio, bo razem. Powiedz mi o tym "naszym" prawdziwym domu. Powiedz mi o tupocie małych stóp, pierwszej choince i ...
Po prostu mi tylko o tym powiedz. Rzucę cały świat.

Ja.

środa, 14 listopada 2012

Ha, ha... hasła.

Szukam pracy. Jakbyś znalazł coś ciekawego dla studentki, pasjonatki grafiki specjalizującej się w przygotowaniu plakatów, to daj znać. Chętnie przyjmę zlecenia. 

Dawno już tak nie miałam, że czekałam na wiadomość, jak dziki osiołek. Pewnie zbyt mocno uwierzyłam w to, że dostanę odpowiedź. Hm. W gruncie rzeczy, nikt nie powiedział, że jej nie dostanę. 

Dzieje się mnóstwo rzeczy rozmaitych, ale ten blog wymiera powoli, tak jak świat, który zasypia na zimę. Niby nic, a jednak. 

Pozdrawiam cię sennie
ja.

P.S. ...

środa, 7 listopada 2012

Tak myślałam.

Tak, właśnie tak myślałam. Czułam to, wiedziałam. Więc ogólnie, wyczuwam kłopoty. Ale przyjdę, choćby nie wiem co.

I wiesz, tak to się skończy. Ironią losu.

Widzę ludzi. Widzę ich. Nie wiedzą, że są w ukrytej kamerze. Widzę ich radości i smutki. Sukcesy i niepowodzenia. Głupotę. Mądrość. Ucieczki. Miłości. Marzenia. Rezygnację. Śmierć. Oczekiwanie na autobus i na kromkę chleba. Poszukiwanie i znajdowanie.
Widzę ich wszystkich. Zawsze. Wszystko. Ten serial nazywa się...

Bruk na deszczu. Zmoknięty, nigdy nie jest z deszczem całością. Ten sam bruk.
Ześlij deszcz.

wtorek, 6 listopada 2012

Myślałam dziś o naszych córkach... o ile właściwie pojawią się na świecie.

Dziś w nocy musiałam oddać książkę do biblioteki, w zastępstwie za koleżankę... Zaniosłam więc ten przedmiot i położyłam na ladzie, po czym dostałam reprymendę od bibliotekarki za jeszcze inne nie oddane pozycje. Tłumaczyłam się, że to nie ja, ale... Na koniec kobieta rozkazała mi ustnie "wypełnić" ankietę. 
-Kiedy poczuła pani poraz pierwszy wschodni wiatr?
-Co proszę? 
-Wiatr radziecki...
-A! W szkole podstawowej, rozpoczynając naukę języka rosyjskiego.
-Do jakiej szkoły i klasy ( o jakim profilu) posłałaby pani swoje dziecko?
-Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek będę matką.

Ot, taki sobie, dziwny sen. Wschodni wiatr wyrywa z butów, skąd mi się to wzięło, nie mam pojęcia. Natomiast ten tekst o dzieciach... Może dlatego pod koniec wykładu już nie mogłam się skoncentrować, więc przyszła mi myśl o naszych dziewczynkach. Zabawne, wiem. Może nawet niedorzeczne.  Nie mniej, dręczy mnie to jakoś ostatnio.

Nie wiem. Może to jeden z moich ostatnich listów do ciebie. Może to zupełnie nie tak. Może w ogóle nie (...)

Pozdrowię cię jeszcze dziś,
nie wiem, kim jestem.

czwartek, 1 listopada 2012

A ty mnie zaproś do tańca...

...czyli wrażenia dni niegdysiejszych.

Marzenia marzeniami, ale ostatnio dość już tematów damsko-męskich.

Bardzo troszeczkę tęsknię, ale muszę cię wychować. Gdy zatem zechcesz obejrzeć moją twarz, to wiesz, gdzie mnie szukać. Śpisz na podłodze, jak to mówią.

A ciebie wprost uwielbiam. Wnosisz ciepło, wcale nie stopami.

Ciebie natomiast boję się poznać na pół etatu. Ze mną wszystko, albo nic. Rozumiesz, nie lubię pożegnań.

Nade wszystko zaś dziś: ostatnie pożegnanie w rzeczy samej, bo już nigdy nie będziemy musieli się już więcej żegnać. Będziemy tam wszyscy razem. Oby.

Ściskam,
ja.

wtorek, 30 października 2012

Urodziny z paragonem.

Na któryś dzień roku przypadają twoje urodziny. Jeszcze tego nie wiem, może się wcale nie dowiem... Póki co jednak, chciałabym ci życzyć....

Miłości
tej z wysoka wielkiej-
i tej wśród ludzi ot tak.
Miłości najważniejszej.

P.S. Paragon pojawił się dziś w moim śnie. Był na ciebie postrachem. Ogólnie, to bardzo kiepski żart, że jeszcze zdarza ci się- mi się śnić.

sobota, 27 października 2012

Troszeczkę.

Troszeczkę mnie czasem oszukujesz i oboje to wiemy.
Troszeczkę brak mi pomysłów, podczas gdy troszeczkę bardzo ich potrzebuję.
Troszeczkę niedługo podstawi się na peron piąty pociąg nad ranem. 
Troszeczkę bardzo czuję, że moje serce nie jest involved  tam, gdzie powinno. Zbyt bardzo przebywa jeszcze gdzieś... 
Troszeczkę zrobiło się cicho i ciemno po całym dniu. 
Troszeczkę ołówka do ręki, troszeczkę prób i błędów, troszeczkę zarysu i inspiracji.

ja.

niedziela, 21 października 2012

Dobrze..

Muszę ci coś jeszcze dziś powiedzieć. Szalenie miło było spotkać się z życzliwością i uśmiechem. Szalenie miło jest usłyszeć jakieś takie coś w stylu "Dobrze cię widzieć".  Szalenie miło jest być przygarniętym na powitanie, akurat tym razem wiedząc, że doświadcza się czegoś szczerego i prawdziwego. Szalenie.

Dobrze do ciebie pisać,
ja.

Wstęp do geologii.

Dawno temu, kilka tygodni wstecz, gdy rozpoczął się rok akademicki, miałam pierwszy wykład z geologii. Zatytułowany był, tak jak ten wpis, wstęp do geologii. I wiesz, doznałam podczas tego wykładu olśnienia- i miałam ci o tym napisać. Tylko że... nie pamiętam już, o czym to być miało... Czy o analogii rozwoju człowieka i obróbki minerałów. Mogła to być też myśl w stylu: "Jak cudownie byłoby  być jubilerem...". Mogło to być też milion innych rzeczy, których nie pamiętam. 
Koniec końców- jeden wniosek. Jest skala Mohsa. Jeśli twardość jakiegoś minerału określona jest np. kwarcem, to nie można go zarysować gipsem. I już. Co innego gips kwarcem, ale to już inna historia. 

Jest jeszcze coś. Czasem się zastanawiam. Nad tym, że możemy się nigdy nie spotkać. Wiesz dlaczego? Dlatego, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie z każdej skały można stawiać mury... I taki ma sens ta cała geologia, byś mógł wiedzieć- z czego mur, a z czego nie... Widzisz?

pozdrawiam więc trochę oficjalnie
ja.

niedziela, 14 października 2012

jeżeli spadać...

... to z dobrego konia. Innymi słowy, albo wszystko, albo nic. Tak.

To znaczy, że nie wiem. Nie mam pojęcia, nie powiem ci, bo nie wiem... Nie wiem, jak było w Nowym Yorku... jak to śpiewał pewien pan Grzegorz. Wciąż nie wiem, czy się spotkamy, czy nie. Nie wiem też, co będzie obiektywnie lepsze. Po prostu nie wiem, który kierunek należy do mnie na tym skrzyżowaniu. Ta niewiedza mi się nie podoba, zważywszy, że zaraz obok czerwonego zapali się światło pomarańczowe, a po nich już zielone. Jeśli nie ruszę, to inni kierowcy mnie zwyczajnie strąbią.

Tak sobie też myślę, że byłoby to cudownym, spotkać kogoś, kto potrafiłby się zasłuchać. Byłoby cudownym zasłuchać się również w niego. Być zasłuchanym i być kimś, w kim ktoś się zasłuchał. No, w rezultacie, troszeczkę sentymentalne bzdury, zatem dobranoc. 

ja.

P.S. Poszukuję prawdy. Prawda wyzwala. Mam nadzieję, że prawdą nie jest to, co mówią. Mam nadzieję, że prawdą nie jest strach.

piątek, 5 października 2012

Planetarium

Jakoś nie mamy dostępu do Internetu. Kwestia czasu, oczywiście.

Myślę o cmentarzu miejskim, pięknym. Zasypanym jesiennymi, kolorowymi liśćmi.
Myślę o skrócie, takim zupełnie cichym pośród zgiełku godzin szczytu.
Myślę o historii poprzedniego roku, którą pisaliśmy na chodnikach, w sklepach, uczelniach, małych, "piwnicznych" knajpkach, kościołach, stancjach... Myślę o "koniach" i innych dzieciach, o prawnikach i masie innych osób i rzeczy. 
Myślę o tym, jak wiele się zmieniło. Zmieniliśmy się. Przez rok? Tak. Każdy? Owszem... Jakoś, na swój sposób, bardziej lub mniej. Jesteśmy poważniejsi, bardziej milczący. Nie zamierzamy się już tak śmiało na Księżyc czy Marsa, zajmujemy się innymi rzeczami, chcąc stać się samemu Księżycem czy Marsem... Otwieramy własne planetarium. 

Moje planetarium jest niewielkie. Muszę o nie bardzo walczyć, bo chce je zamknąć administracja. Chcą je zamknąć czasem przypadkowi przechodnie, bo w głowach im się nie mieści, że ktoś jeszcze w dzisiejszych czasach ogląda gwiazdy. Chcą je zamknąć profesorowie z dyplomami z bazaru, bo twierdzą, że w gwiazdy patrzeć nie umiem. 
A ja go nie zamknę. Dlatego, że pomoże mi wśród gwiazd odnaleźć Światło.

pozdrawiam cię, do nie wiem kiedy następnego razu, 
ja.

środa, 3 października 2012

Pewien pan w sklepie obuwniczym.

Jest taki sklep obuwniczy, do którego idę, gdy chcę kupić porządne kamasze. (Na marginesie: I to jakie kamasze!).

Jest w tym sklepie pewien pan. Ekspedient, właściciel, all in one. Ten pan nie jest taki znowu brzydki. Ten pan ma bardzo ładne oczy. Ten pan jest nie wiem kim. "Naźwiska" nie znam, stopnia wykształcenia też nie.

Ale to nie jest ważne zupełni i ani trochę. Bo żebyś wiedział, jak on te buty sprzedaje. Wielka mi rzecz, sprzedać buta. A jednak, on się zna, interesuje się tym, on wie, prowadzi ten sklep niewielki z jakąś taką poniekąd... pasją. I nikt mu nie wystawia bilbordu, "Buty to nasza pasja".  On sam sobie jest reklamą.

On się zna i ja mu wierzę, jeśli o obuwnicze kwestie chodzi.

Popatrz... też bym tak chciała... Robić to, co się jakoś tam lubi, choć to nie jest nie wiadomo jak cudownie intratne... Robić małe rzeczy, ale z wielką pasją.

Można prowadzić sklep. Nie trzeba być magistrem, żeby być szczęśliwym.

pozdrawiam,
ja.

środa, 26 września 2012

Miśka Gienka historia spisana.

Szperałam dziś w starych teczkach. Zobacz, co znalazłam. Nie mam pojęcia, kiedy spisałam tą poniekąd autentyczną, absurdalną i pół serio historyjkę na dobranoc...

Miś Gienek miał najwyżej trzydzieści pięć lat. Pochodził ze "starych, dobrych czasów". Był porządnie wykonany i pewnie dzięki temu wytrzymał w swoim istnieniu tak długo. Produkt polski, żadne 'made in China'. Czuł się ostatnim, najbrzydszym i najgorszym spośród wszystkich nowych pluszaków. Na domiar złego, czuł się także osamotnionym i odrzuconym, ponieważ jego rodzina dawno już dorosła. Bawił dwa pokolenia, cóż mu jeszcze pozostawało... Miał jednak pewną wyjątkową cechę- dar mowy. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto potrafiłby i chciał go zrozumieć- ta zabawka mogłaby opowiedzieć niejedną historię. Ze wszelkimi szczegółami. 

Zdarzyło się pewnego razu, że do rodziny Gienka przyszli z wizytą znajomi z dziećmi. Wśród nich- mała dziewczynka, którą okropnie nudziło towarzystwo starszych. Wtedy właśnie spostrzegła leżącego na szafie misia. A może on dostrzegł ją?
-Witaj, jestem Asia, a ty jak masz na imię? - przywitała się z zabawką.
-Cześć Basiu, jestem Gienek. 
Dziewczynka popatrzyła na niego ze zdumieniem. 
-Nie jestem Basia, tylko Asia, Gienku!
-Aaa... Kasia! Wybacz, ale mam sklerozę.
Dziecko nie dowodziło już swojego imienia, tylko zapytało:
-Ale dlaczego?
-Gdybyś miała w głowie starą trocinę, też miałabyś problemy z pamięcią. 

 Miś opowiedział dziewczynce o dawnych technologiach zabawkarskich. Kiedy Asia zaproponowała mu ciastko, popatrzył na nią z politowaniem:
-Przecież mam zaszytą buzię. Nie mogę jeeeść... - i zaniósł się płaczem. 
-Nie płacz, Zenku- pocieszała mała. Pomyliła się, ale miała przecież tylko kilka lat. 
-O...! Nie mów do mnie Zeneeek...
Gienek był w istocie dosyć rozchwianą zabawką. Zazdrościł innym pluszakom i przeklinał swój dar myślenia. Był także brzuchomówcą, ze względu na zaszyty pyszczek i złamany nos. Opowiadał teraz, jak był zszywany, jak czuł każde ukłucie igły i szarpnięcie nitki. 

-Dlaczego jesteś smutny, Zenku? - Asi odpowiedziało jedynie wycie. W ogóle, to z plastikowymi oczami nie da się przecież płakać... - Oj Gienku, przepraszam.. przepraszam.- dziewczynka była bliska łez, widząc misia uderzającego głową o poręcz fotela. 
Później Gienek opowiadał o swoim trudnym drugim dzieciństwie. Pies odgryzł mu ogon, wiązano go i wbijano w kark śrubokręt (autentycznie na własne oczy pamiętam). Dziewczynka była bardzo ciekawa, w jaki sposób zabawka widzi i chciała dotknąć jego oczu, które nadawały mu przygłupowaty wyraz twarzy, można by rzec, sardoniczny uśmiech, ale miś uciekł i długo siedział schowany w szczelinie między fotelami.  Gienek marzył o tym, by być jak inni. Nie myśleć, nie mówić, nie czuć dotyku- by nie czuć bólu, nie pamiętać... Być standardową, zabawką. Wkrótce nie wytrzymał. Zalany łzami stanął na krawędzi fotela, a całe towarzystwo krzyknęło "Skacz, skacz!" uznając to za świetną zabawę. Więc skoczył. 

Wystarczyła chwila, by rozpłynął się w powietrzu. Mógł wylądować za łóżkiem, zostać porwanym przez psa drepczącego wkoło, może podniesionym przez kogoś i ukrytym- cokolwiek.
-Gieneeeek! -zawołało dziecko, rzucając się na poszukiwania zabawki. Wróciła zupełnie bliska płaczu. Dorośli mówili, aby się nie martwiła, bo wróci na pewno. 
W końcu ktoś przyniósł go z powrotem i położył obok dziewczynki. Ta złapała go w radosne objęcia. Próbowała do niego mówić, ale leżał bezwładnie ze swoim szytym uśmiechem i połyskującymi guzikami oczu. 
-O nieee - rozryczała się mała. - Czemu on nic nie mówi?!?
-On już jest zwykłą zabawką, jaką zawsze chciał być.
-I już nigdy nic nie powie? Ooo... To musimy go odłożyć. - dodała z powagą dziewczynka.  Położyła misia z powrotem na szafie. Tak oto pozostawiła go ostatnia osoba, która potrafiła zrozumieć jego pluszową mowę. 
-Pobaw się w coś innego- powiedzieli dorośli.

Trzeba przyznać, że w jednej kwestii Gienek okazał się idiotą. Nie przyszło mu nigdy do głowy, że ktokolwiek mógł był go kochać.

Fakty bez mitów.

Okropnie gęsta mgła ścieląca się szczelnie wokół drogi. Aż przypomina mi się mój senny koszmar, że jadę samochodem i auto zaczyna delikatnie osuwać się do tyłu. Później coraz bardziej i szybciej. Wciskam więc hamulec do oporu wdeptując go w podłogę, ale bez skutku. Spadam, a raczej zjeżdżam. Nie lubię tak śnić. 

Coś jest na rzeczy. Mgła opada i wynurzają się z niej kontury. Coś się z tej mgły wynurza. Tylko co. 

Widuję cię. Słyszę o tobie. Opowiadają o sobie i o nas. Dużo, często, wszędzie. To zabawne, zważywszy na fakt, że nigdy się nie spotkamy. To zabawne, że prawdopodobnie fakt, iż tęsknię za tobą, jest pewnego rodzaju potwierdzeniem, że tęsknię za Nim. Ułamkowo tak mocno, jak On za nami.

Jest perełka renesansowa we wschodniej Polsce. Ozdobą miasta jest śliczny park. Podobno nieziemsko wygląda, wraz ze starówką, nocą. Minimalnie się boję. No nie, może nie tyle boję... Odczuwam tylko taki drobniutki niepokój, że nie będzie nam dane się o tym przekonać. 

Dużo się dzieje
ja.

czwartek, 20 września 2012

Przebaczenie

Jeśli wdzięczność, to także przebaczenie. Pokutuje takie okropne, jak ostatnio stwierdziłam, wyrażenie:

               Wybaczam, ale nigdy tego nie zapomnę.

Jakby nie patrzeć, przebaczyć nie znaczy zapomnieć. Wciąż pamiętam pewne sytuacje i nie zanosi się, żeby przybyli faceci w czerni z takim laserkiem, strzelili mi w czoło i żebym o wszystkim zapomniała. Więc? Uwaga, odkrycia dnia: Do wybaczenia konieczne jest zapomnienie. Nie sytuacji, samego faktu, ale zapomnienie komuś.  Więc nie pielęgnować czyjegoś złego obrazu. Zamykam oczy i nie widzę zdrajcy, tylko człowieka. Więc uczynić mały-wielki gest zapomnienia, przed samym sobą, ten kamyczek milowy jest przecież po to, by samemu pamiętać - o zapomnieniu.

Czyli... Wola plus zapomnienie komuś, plus trochę czasu. Ktoś wybacza mi non stop, zapomina wszystkie moje wyskoki, te małe i te olbrzymie. Więc byłabym straszną szują, przyjmując, nie dawać tego samego. 

A jak jest przebaczenie, to i o wdzięczność łatwiej.

Pozdrawiam słonecznie w pochmurny dzień
ja.

P.S. Mój sposób na... optymizm w deszczowy dzień? Alleluja i do przodu, czyli genialnie jaskrawy, ale nie żarówiasty oranż parasolki. My, królowa Anglii lubimy to.

wtorek, 18 września 2012

"Pseudohipsterski shit"

Wiesz, ja się bardzo zastanawiam, dlaczego ludzie tak z góry zarzucają komuś hipsterstwo, jeśli robi coś innego, uwaga, modne słowo: alternatywnego i tak dalej. Musiałam się poniekąd wysilić. Otworzyć komputer, przeglądarkę, odpalić wujka G. tylko po to, by sprawdzić, dlaczego niby miałabym uprawiać hipsterski shit - i co w ogóle można rozumieć pod tego rodzaju pojęciem. 

I tu niespodzianka. Czy ja robię coś niezwykłego, super oryginalnego, że do ciebie piszę? Ludzie od wieków pisali listy, później były jeszcze telegramy, znów listy, sms-y, e-maile i listy. Ech, te listy. No fakt, może to jest dzisiaj niezwykłe, odebrać taki "żywy", papierowy list, albo pocztówkę, no ale bez przesady. Hipsterstwo. Hipster by się uśmiał.

Skoro już piszę o pisaniu... Mam nadzieję, że będąc sobie tam, gdzie jesteś, czasem zaglądasz tu, do tej internetowej szuflady... Gdy się już spotkamy, to obiecuję, będę pisać do ciebie "żywe" listy. Będziemy je przechowywać w prawdziwych szufladach, przewiązując je w pliki jakąś ładną wstążką. 

Chcę dodać jeszcze, że pewien człowiek podsunął mi niedawno pewien utwór muzyczny. W miejscu, w którym napiszę tytuł i wykonawcę, mój wirtualny "przyjaciel" z pewnością okrzyknie mnie ponownie pseudohipsterką, ponieważ takie brzmienia cieszą się sporą popularnością ostatnio, pewnie w określonej ilościowo grupie ludzi.  Zatem śmiało, Przyjacielu, czas start. Piosenka to Melodia ulotna Meli Koteluk. Tak, i cóż. Podobno całkiem dobry soundtrack do tej pisaniny. No, może zbyt mało delikatny, raczej niespokojny, ale cóż. Gdybym się chciała przyczepić, musiałabym stwierdzić, że niesie kawałeczek nadziei, bo już moim śladem idzie...

ależ dziś długo.
ja.

 

niedziela, 16 września 2012

Wdzięczność

Dziś był taki sobie pochmurny, chłodny dzień, który zabrał na urlop kompleksy mojego ja. Oczywiście, że nie znikły, ale nie zawsze przecież trzeba o nich myśleć.

Można się było dziś, na wzór nieba, schmurzyć i kręcić nosem na wszystko, ale przecież to nie miałoby żadnego sensu. Bez sensu byłoby powiedzieć, że wszystko jest bez sensu. Sensu, sensem... Zatem, żeby te słowa nie były nonsensem, poszukajmy im jeszcze jakiegoś sensu. 

Wdzięczność. Jest tyle powodów do wdzięczności, że gdybym miała czapkę, z pewnością zerwałabym ją z głowy.

Notatki z wystawy

Maleńki ryneczek wyłożony kostką brukową, otoczony z wszystkich stron niskimi kamieniczkami, ponad którymi łagodnie spoczywa słońce, topiąc wszystko w swoim blasku. Po chwili światło ustępuje, jednak tylko po części, chmurze, która zrasza ziemię ciepłym, letnim deszczem. Krople spiesznie obmywają bruk, bębnią, obijają się o parapety, toczą wąskimi strużkami po chodnikach. Coraz szybciej i rzewniej, ale nad tym wszystkim króluje słońce. Więc na ulice wychodzą ludzie i cieszą się, dają się zmoczyć od stóp do głów po upalnym dniu. Wielki, ale harmonijny szum. Opada i tak nagle, jak spadł deszcz, zalega teraz cisza.  Pełna pokoju i ciepła. Tęcza i prześwit słońca. I choć możesz być jak ten bruk, dosięgnięty wodą, ale nie napojony, to to jest piękne. Zawsze i mimo wszystko.

Cichy, równoczesny szept, podbity delikatną melodią glosolalii.  I cisza i pokój.  I radość. Błogosławione wdzięczne serca, które potrafią wielbić, bo robią wszystko, co mogą i co będą robiły całą wieczność. 

dziękuję, za absolutnie wszystko
ja.

piątek, 14 września 2012

Wyjście awaryjne

Wyjście awaryjne- taki napis przykuł moją uwagę dziś w autobusie. Widniał w postaci drobnych, czerwonych literek na zaparowanej szybie, przez którą dzięki temu nie było widać tej ponurej, typowo jesiennej aury.  Więc stwierdziłam, że dla nas nie było żadnego wyjścia awaryjnego. 

Nie widziałam cię bardzo długo, kilka miesięcy. To znaczy, może i widziałam, jakoś ostatnio,  przez okno samochodu, po drugiej stronie ulicy lub coś w tym guście.

Więc czasem to jakieś okropne, może nie tyle przejeść z kimś beczkę soli, ale mieć kawałek wspólnej historii, a później, mimo że wydarzyło się tak wiele, nie mieć o czym rozmawiać. I jeszcze zachowywać się naturalnie. 

Nie wygodnie mi z tym, jak w butach nie tego rozmiaru, że muszę się silić na cokolwiek, bo ty masz taki styl, jak gdyby nie zależało ci na czymkolwiek. Jak zawsze. W rezultacie, nigdy nie wiem, czy to styl, czy prawda. Jak zawsze.

To zdecydowanie okropne, że odrzucasz jedyne pewne szczęście, że nie chcesz o Nim słyszeć, że nie chcesz, by cię pokochał. Boli to i tylko to. I nie tylko mnie. 

Jednak kiedyś ktoś powiedział, że jest się odpowiedzialnym za to, co oswojone. Dlatego to wszystko.

Więc cię błogosławię
+

czwartek, 13 września 2012

śledztwo w sprawie Antoine'a

Gimnazjum, klasa 2, lektura szkolna. Mogło się już wszystko zmienić, ale kiedyś ta książka miała swoje miejsce w kanonie. Przeczytałeś ją, prawda? Chłopiec, kosmos, lis, ziemia, baranek i róża. No właśnie, róża. 
Ów chłopiec, nazwany Małym Księciem, podróżował po wszechświecie, trafił także na Ziemię. Na Ziemi odbył wizytę w ogrodzie pełnym róż. Dekoracja mniej więcej tak się przedstawia, Exupery'emu nie trzeba było nic ponad to, by przekazać to, co miał na myśli. A mi się myśli, że tam powinno było znaleźć się coś jeszcze.
Zobacz, chłopiec był w ogrodzie róż, ale gdzie jest powiedziane, że nie było tam innych kwiatów? Koleś miał taką odkrywczą naturę, zarazem takie dobre serduszko, więc musiał, musiał zagadnąć też inne rośliny. Może dostrzegł jakiegoś zwykłego, może zwichrowanego badylka i zapytał go, dlaczego. Przypuszczam, że badylek odpowiedział: Ponieważ wtedy, gdy był na to czas, nikt mnie nie podlał i nie przesadził, bym miał więcej słońca. Nawet nie skosił rosnącej wokół trawy. 

Takie tam ogrodnicze, aczkolwiek

            Ludzie są jak kwiaty, stworzeni po to, by się rozwijać.

Więc kim byśmy mogli być teraz, gdyby jednak...
Gdybanie, gdybaniem, więc jak gdyby pozdrawiam
ja.

sobota, 8 września 2012

Budujemy nowy dom

Na początek przypomnij sobie piosenkę zespołu Zakopower:

                       Trzeba stworzyć dom, żeby mieć do czego wracać (...)
                       ...i kochaj i kochaj, zbudujesz dom...

Pomyśl jeszcze o ścieżce z filmu animowanego "Zaplątani":
                      Marzenie mam! 

I wiesz co z tego wyjdzie? Nasz dom. Kiedyś zbudujemy ten dom i choćby dla tego jednego domu, skończę budownictwo. Żeby go zbudować. Wiesz, już go widziałam. Opiszę ci go kiedyś bardziej szczegółowo, każdą podporę, ścianę, aż po dachówki. Opowiem ci o wielkich regałach na książki, pokojach, pracowniach, ogrodzie i fotografiach na ścianach. Opowiem ci o jego sercu i o jego "tajnym składniku"- o miłości, która będzie spoiwem, uszczelnieniem, instalacją, cegłą i wszystkim. O kudłatym psie w ogrodzie z bujnym żywopłotem i ludziach, którzy będą uwielbiać przebywanie w tym domu. O stertach naczyń, które będziemy po gościach zmywać z radością i o tej radości, że ci goście będą się czuli jak u siebie. I będą powracać.

Dziś jest dzień Matki. Jednak myślę, że gdyby był to dzień córki, nie miałabym czego świętować. Cóż, nie wszystko się wszystkim zawsze udaje. Córki też czasem nie.

Marzenie mam, 
ja.

środa, 5 września 2012

śpiewam pięknie wtedy, gdy gotuję...

Otwieram lodówkę. Co my tu mamy? Papryka żółta, papryka czerwona, drożdże, mięso, margaryna, oliwa, olej, jaja kurze, ocet, śmietana,  alkohol (do ciasta, oczywiście) i tak dalej, i tak dalej, wszystko plus minus sensownie rozlokowane po półkach i szufladkach. Wypadałoby znaleźć tomik literatury fachowej (czyt. kulinarnej) i do dzieła!

Teraz będzie niezła rozkmina,  jak to ktoś kiedyś zaśpiewał, a raczej zaimprowizował, nad moją gitarą na pewnym korytarzu. Przecież nie na tym sprawa polega, żeby zaserwować sobie wielką jajecznicę na kilka dni, później ją odchorować, po czym znowu stanąć przed otwartą lodówką i pytać "co dalej?". Muszę to tak strategicznie ogarnąć, by wszystko harmonijnie złożyć w piękną całość. Ha. 

Proszę bardzo, porcja filozofii kuchennej prosto znad miski z dopiero co przygotowaną sałatką. Śpiewam pięknie  wtedy, gdy gotuję... czyli przepis na życie. Tego mi trzeba i tego, w rezultacie, szukam. Pomysłu, by nie miotać się z lewa na prawo, ale wykorzystać wszystko, co mogę i mam. Amen.

Pomimo "jakiejś" metaforyki kulinarnej, jedzenie mnie ostatnio wcale nie pociąga, a mięso to już w ogóle. Wiesz co to znaczy? Musi być ze mną coś nie tak, wszak należę do rodu mięsożerców. Nieważne, nieważne. 

Smacznego!
ja.

P.S. Od kilku dni oglądam na chodnikach miejsc, gdzie się znajduję, plecy starego przyjaciela. Ciekawe, czy obejrzę kiedyś jeszcze jego twarz.

wtorek, 4 września 2012

A może byśmy tak..

Przy jednym z najpiękniejszych rynków w Polsce znajduje się w podcieniach mała knajpka, pijalnia czekolady. Mamy tam swój stoliczek, na którym roztrząsałyśmy błędy matury próbnej z matematyki i przy którym siadamy zawsze, przychodząc na tradycyjnego już gofra w rozmaitym wydaniu. Spotykamy się kilka razy do roku, uaktualniamy informacje bieżące, wspominamy dawniejsze. Zawsze pytasz: Czy jest ktoś? Nie wiem, ile jeszcze upłynie czekolady przy tym stoliczku, zanim odpowiem twierdząco, ale i tak uwielbiam te wizyty, kończące się przejściem parku wzdłuż i wszerz. 

Najważniejsze, to się odnaleźć w miejscu, należeć do niego i tak samo je posiadać. Z czasem pozostawić, ale umieć powracać... Kiedyś, kiedy my się już spotkamy, poznamy się w pewnym miejscu. Do niego będziemy też wracać, bo będzie ono naszym.

Nie wiem, dlaczego, bo wymowę miał inną, ale kojarzy mi się pewien wiersz.
          
               A może byśmy tak, najmilszy, wpadli na dzień do Tomaszowa...

No i, co prawda, nie do Tomaszowa...

 Miło jest stąpać po betonowej kostce brukowej i nie myśleć o tym, że została wyprodukowana dla wytrzymałości minimum C40/50 (przynajmniej wg pewnych źródeł).

Z uśmiechem
ja.

poniedziałek, 3 września 2012

pies prawdę ci powie?

Rozmawiałam dziś z moim psem. Spojrzałam mu głęboko w jego karmelowe oczy i zadałam pytanie. 
                             Czy myślisz, że wywołuję tylko lęk? A może także intryguję?

Tak, mogłabym się w tobie zakochać, mogłabym nawet dać ci szansę na to samo. Myślisz, że pies mi odpowiedział? A skąd! Zorientował się, że skończyłam jeść kolację i pobiegł, w sumie nie ważne gdzie. Zostawił mnie z dylematem, na który mogłabym odpowiedzieć, ale nie sobie, lecz tobie. Tak, intrygujesz mnie. Jednak nie sądzę, żebyś miał kiedyś popatrzeć w moje oczy w ten konkretny sposób... Więc pewnie nie ty jesteś tym, który idzie już gdzieś podobno moim śladem. Pewnie trochę szkoda, ale dobrze byłoby, gdybyśmy oboje mogli być szczęśliwi. Więc nie zakocham się w tobie, ale lubię cię na swój sposób. Niech tak zostanie. I nie bój się mnie więcej.

Pozdrawiam cię radośnie
ja.

wtorek, 28 sierpnia 2012

wyższa szkoła jazdy

W radio jakiś shit. Grunt, że głośno.
Wsteczny, zakręt i płynnie zapinamy jedynkę.
Dwója, trója, jedziemy. Shit jeszcze głośniej.
Dzieci na poboczu, hamulec w pogotowiu, kierunkowskaz zawczasu.
Sprzęgło, wajcha wyżej i gaz. Gaz. Gaz.
Dalej będzie z górki, wyrzucamy na luz.
Ale żeby nie było za pięknie, silnik nam się krztusi. Tym razem pod górkę.
Jeszcze piekarnia, zakręt z ułańską fantazją i ostatnia prosta.
I jeszcze pytanie: wchodzimy jako my, czy jako be dziewczynka ...

Życie jest jakby wyższą szkołą jazdy. A ja pamiętam, co się działo, gdy robiłam kurs. Kursy jazdy zawsze mnie szalenie frustrują.

dziś,
ja.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

ten por, tamta pora

Potrzebuję trochę słońca. Nie żebym nie potrafiła zdobyć się bez niego na optymizm, bo choć to do mnie nie podobne, ostatnio przychodzi mi z łatwością... Ale dobre słońce nie jest złe.

Wróciłam do szkiców, rysunków sprzed kilku miesięcy... Zabolało mnie serce, że się od tego odcięłam; że będąc do wszystkiego, jest się czasem do niczego; bo robiąc wszystko, w efekcie uzyskuje się nic. Jednak to tak tylko, jakby pomidorowa wykipiała na kuchence.

Ktoś wczoraj powiedział takie dziwne słowa: Jak najczęściej przejawia się akceptacja? No poprzez objęcie, oczywiście! Padło to co prawda w kontekście pewnej scenki-pantomimy - (skeczu-monologu, pytania-zagadki, whatever), ale analizując dzień w nocnej podróży autem poczułam, jakby mnie ktoś trzasnął między uszy. Olo, budzimy się. Więc jedźmy. 

Marzną moje my, królowa Anglii królewskie stopy.

Pora na dobranoc, a może pietruszkę...

ja.

czwartek, 23 sierpnia 2012

będzie pięknie

Kiedy człowiek się boi, zarówno siebie jak i tego, co wokół, to szuka potwierdzenia, że jego decyzja jest trafną.
Zapytałam dziś, jak mam się zapatrywać na to, co dzieje się teraz gdzieś na drodze pomiędzy sercem a rozsądkiem, na przystanku duszy i w kieszeniach marzeń. Tylko Ty mogłeś mi tak odpowiedzieć...

         Nie bój się żyć dla miłości,
         dla tej miłości warto żyć.

Cokolwiek nie znaczy słowo tej,  wciąż drążysz temat jak kropla skałę, przekonując delikatnie, choć uparcie, że jeżeli jest w życiu coś ważnego, to jest to miłość.
Mówię ci, będzie dziś piękny wschód słońca. Wrócę razem z nim.

ja. 

P.S. 30 i 40 / 70
P.S. 2 Dziękuję ci, że uczymy się nie grać przed sobą, ale być szczerymi.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

autobus przelotowy

Dzień dobry po miesięcznej przerwie.

Krótka pauza przed wyruszeniem w kolejną, znacznie krótszą i regionalną trasę.

Piszę do ciebie ze wspomnieniem radości, trudu, śpiewu, śpiewu i jeszcze raz śpiewu, irytacji, gorączki z przemęczenia, poczucia podniosłości chwili, rozterek, marszu, oglądania cudownych rzeczy, oglądania rzeczy w kategorii folklor, modlitwy, smaku podłogi nocnego autobusu, przebłysków nadziei i tejże nadziei uziemienia... Nade wszystko, piszę do ciebie ze wspomnieniem ludzi. 

Mam wiele konkluzji, wciąż jeszcze nie uporządkowane, kołaczą się w pustce mojej głowy. Gdybym miała ogarnąć te pierwsze, te najistotniejsze...

1. Nie może boleć coś, czego nie ma. Więc jest serce.
2. Wprowadź mnie na górę dla mnie za wysoką.
3. A jednak i po prostu: kochaj.
4. Matka. Matka. I to jaka, Jasnogórska.

Na koniec bajka na dobranoc:
Był sobie pewien staruszek, który poruszał się o lasce. Ktoś go kiedyś zapytał: 'Dlaczego?' Odpowiedział, że został postrzelony w kolano, występując w obronie kogoś bliskiego. Zarzucono mu więc : 'Tak to jest, kiedy się kocha. Miłość zawsze kończy się przestrzelonym kolanem. Żyjesz, ale już nigdy nie będziesz biegać.' Staruszek odpowiedział tylko: 'Nie. Żyję i ciągle mogę przyjść do człowieka, którego kocham. Mimo wszystko, wciąż warto.'

ja.

wtorek, 17 lipca 2012

w drogę!

Coś ci powiem
Czas jest najlepszym lekarstwem
Nie myśl już o tym ani trochę
Lecz...
Kochaj tak, jak kochasz wschodzące słońce
bez planów, nadziei i czegokolwiek
Kochaj tak, jak kochasz niebo
po prostu czuj się dobrze, spoglądając w chmury
Kochaj tak, jak kochasz las po deszczu
ciesząc się oddychaniem wspólnym powietrzem
Kochaj tak, by nikt nie mógł nigdy powiedzieć:
'Ten człowiek tak kochał...'

Czas się zabrać w kolejną podróż. A później w następną, bez odpoczynku i granicząc z cudem. 

Nadszedł ten moment, zawsze poprzedzający wielkie akcje, w którym wszystko wali się na łeb na szyję i chciałoby się powiedzieć tylko i wyłącznie :"Niech się wszystko idzie paść, pierwiastkuję, nie jadę!". Zawsze jest moment okrutnego zawahania, gdy trzeba zawalczyć i zwyciężyć. Po to, by służyć. 

Więc dwa tygodnie w miejscu, gdzie jeszcze pięć lat temu krów było więcej, niż ludzi, a zasięgu jeszcze mniej niż ludzi. 

Koniec końców, w drogę. 

P.S. Zgubiłam klapki. Czerwone. Gdybyś znalazł, skontaktuj się ze mną, proszę.

P.S. 2. Mądrości mojego dziadka, który pierwszy nazwał mnie "olem": Żyj tak, byś kiedyś, szminkując usta, mogła swobodnie patrzeć w oczy tej, którą zobaczysz w lustrze.

sobota, 14 lipca 2012

zakładka: filozofia

Nie trzeba uciekać się do kieliszka czy 'dawania sobie po kablach', by znaleźć się w stanie, jaki można nazwać szumnie "speedem". Wystarczy prześnić koszmar, po którym człowiek budzi się łapiąc się za głowę i czuje się parę lat starszy. Wystarczy paść ofiarą najgorszego, według Dantego, przestępstwa na ziemi. Wystarczy paść ofiarą samotności, którą taką straszną trwogą nazwał pewien alkoholik i narkoman, wokalista, z którego robi się legendę. I trzeba się z nim zgodzić, choć trudno się zgodzić z jego postawą. Więc... Wystarczy prześnić sen o zdradzie i odrzuceniu. 

Mówi się, że sen jest całkowicie niezależnym 'miejscem', gdzie uwalniają się spod kontroli rozumu mieszkańcy ludzkiej podświadomości, pragnienia i lęki. To, w jakim stanie emocjonalnym się budzisz, wskazuje, czym był prześniony lokator... Nie żebym wierzyła w sny, bo nie ma w co tu wierzyć, ale jestem przekonana, że podświadomość działa, a nawet świruje. 

Więc budzisz się i funkcjonujesz niby normalnie, ale doskonale wiesz, że jest to normalność anormalna. Czujesz, że masz ściągniętą twarz i musisz przejść na sterowanie manualne, totalnie kontrolując i wymuszając gesty i mimikę. Więcej planujesz i nawet jeśli rzadko dajesz się ponieść emocjom, to w takim stanie nie robisz absolutnie nic pod wpływem chwili. Nawet gdyby coś ci w środku stuknęło, natychmiast zakazujesz sercu istnienia. Kiedy już zrealizujesz zamierzony plan, odwracasz się i odchodzisz. I wówczas zaczyna się twój marsz życia. Szybko, ale ze skupieniem na każdym kroku. Z potknięć wychodzisz bez szwanku, niezależnie jak kiepski jest chodnik i jaki rodzaj obuwia masz na sobie. Oddychasz głęboko i minimalnie unosisz głowę. Później prostujesz kręgosłup i czujesz potworny doping, bynajmniej nie euforii. 

To jest marsz. A teraz życia : Życie zostaje przywrócone, gdy ktoś cię zgasi, zetnie, doprowadzi do poczucia 'doniczegowatości', w sposób różnoraki, ponieważ różne rzeczy wpływają na ludzi. Wtedy następuje, zjazd. Proszę wybaczyć slang narkotykowy, ale sny działają, zaryzykuję stwierdzenie, poniekąd podobnie do środków psychotropowych. Mają coś przecież wspólnego.  Tyle tylko, że są dozwolone, wręcz naturalne. Zjazd ten powoduje, że zaczynasz naprawdę myśleć, czyli, koniec końców, budzi cię, pozwalając otrząsnąć się z okruchów nocy.

I zanim się jeszcze uwolnisz, to (wyobraź sobie, że twoje serce/psychika oddycha) pomęczy cię poczucie spłyconego oddechu emocjonalnego. Możliwe, że ściśnie ci oczy, które się trochę spocą. Wtedy przydaje się kaptur. Oczywiście, że ludzie nigdy nie zakładają kaptura bez powodu. To jest takie specyficzne "coś". Kaptur jest jak namiot, który ukrywa przed światem. Trzeba to wiedzieć, a nie, jak mój tato, dziwić się, dlaczego ktoś chodzi w kapturze po mieszkaniu. 

Później nareszcie przychodzi chwila, gdy można wziąć kolorowe kredki i czysty arkusz papieru i przekalkulować parę rzeczy, zastanawiając się, "co nowego się stało, jak wpłynęło i co mówi o mnie od środka". Zaskakujące rzeczy mogą wyjść na jaw. Polecam bardzo. 

Aua, proszę wybaczyć objętość,  nastąpiła kumulacja, tak skutkuje wyciszenie, kiedy przebywa się w miejscu, gdzie samochody nie jeżdżą non-stop pod oknem. 

Podobno lepiej czyta się na białym. Do usług.

piątek, 13 lipca 2012

uśmiech. jesteś w ukrytej kamerze

Na peron podstawił się pociąg o piątej gwieździe nad ranem. O piątej gwieździe  nad ranem, na pustym zatłoczonym peronie, świętej pamięci aktor ze spalonego teatru świata. Te pociągi zawsze przyjeżdżają punktualnie. Co prawda nie była to piąta rano, ale wyjechałam, zrobiwszy tu wszystko, co było w mojej mocy na chwilę obecną... Resztę trzeba sobie dobrze poukładać. 

Więc wyjechałam na "mój Wschód". Uwielbiam to robić. Wyjeżdżać. Oglądać zza okna te wioski zatopione zielenią i roztoczoną powyżej bajecznie pyszną czaszą nieba milion razy piękniejszego niż to z reklamy lodów śmietankowych. Owe obłoki ranne, jak rzekłby wieszcz ten czy ów. Lubię także wracać, ponieważ bądźmy dobrej myśli, z daleka są bliscy.

Generalnie, to myślą dnia jest lektura, której szczerze zamierzałam nie przeczytać, z pełną premedytacją. Witold Gombrowicz,  Ferdydurke. Najpierw było jedno wielkie "bleeeeeee". Później nauczycielskie: Ale słuchajcie, nie śmiejcie się, to moja ulubiona książka.  Jeszcze później: mizogon, jeśli nie cham i prostak, ale trzeba przyznać, że ma rację. Odsyłam do podręczników tudzież portali edukacyjnych. Koniec końców, chodzi o maski.  Maski, maseczki, ukrywanie prawdziwej tożsamości (której się być może wcale nie odkryło), oszukiwanie świata i chęć przekonania samego siebie, że jest się kimś innym. Dlatego jest możliwym, że człowiek, który ceni prawdę ponad miłość nigdy nie zostanie pokochany, bo nie będzie niczego udawał przed innymi. Czymże też, w rezultacie, byłaby miłość zbudowana na zakłamaniu, jeśli nie samą w sobie ułudą. Maska zawsze jest ucieczką. Maska zawsze jest podszyta lękiem o akceptację. My, królowa Anglii zarządzamy więc oficjalne palenie masek na stosie, niekoniecznie inkwizycyjnym. Może być w ogniu podjętego ryzyka, może być w ogniu zaufania. Zaleca się konsultację z lekarzem bądź farmaceutą, gdyż ogniem można się poparzyć, ale jak się nie poparzysz, to się też nie zagrzejesz. 

Padam z nóg, niechże więc padnie ostatni enter tej wiadomości.

A w głowie delikatne uderzenia. Ain't no sunshine...

Cudzoziemiec

Spotkałam go tu, w mieście podobno inspirującym, jakiś czas już temu. Wysoki mężczyzna, wiek bliżej nieokreślony. On. Cudzoziemiec. Niósł plecak na plecach i mapę w dłoniach. Zaczepił mnie z  zamiarem uzyskania (jakiejś) pomocy. Zaczął po angielsku i dopóki starał się sklecić parę zdań w tym języku, dopóty go rozumiałam. Wyraźnie jednak władanie językami obcymi nie było jego dobrą stroną. Zaczął się plątać i powoli, ale skutecznie, straciłam wątek. Nie byliśmy w stanie się porozumieć, kiedy zaczął mówić w, jak przypuszczam, swoim języku ojczystym, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Mówił, gestykulował, wkładał w tą "rozmowę" serce, można by powiedzieć, ale nie miałam pojęcia, o co chodzi.  Przeprosiłam go tylko spojrzeniem, a on zabrał klamoty i odszedł wolnym krokiem. On. Cudzoziemiec. 

Norwid już kiedyś coś napisał o pielgrzymie. On musiał być cudzoziemcem. Poeci to dopiero są. Zawsze o krok przed nami. Ciekawe, co Norwid napisałby o sercu/rozumie/jakimkolwiek innym "centrum dowodzenia", które przyjmuje sprzeczne komunikaty. Trochę, jakby się oparzyć i ochłodzić jednocześnie. Myślę, że zaleciłby spokój, bez ani krzty pochopności.  Jakie to wygodne.

Już czas najwyższy wyjechać stąd na dłużej.
 
Wieża Babel. Jestem przekonana, że tam nie skończyło się tylko na językach.

wtorek, 10 lipca 2012

Nietykalni

 Porcja olowej filozofii na dziś:
 
     -Blokersi, nie mają żadnej litości.
     -Właśnie to. Tego pragnę. Żadnej litości. Często mi podaje telefon. Wiesz, dlaczego? Bo zapomina...


Dawno już nie oglądałam tak dobrego filmu. Zapadły mi w pamięć powyższe słowa Philipe, człowieka sparaliżowanego, który zatrudnił do opieki bezrobotnego, mającego przeszłość kryminalną emigranta. Bo człowiek nie pragnie litości, tylko akceptacji. Bo kocha się nie za coś, ale mimo czegoś. Dlatego, jeśli masz swoje pięć minut, to nie znaczy, że zdobędziesz świat. Na zdobycie świata potrzebne jest całe życie. Myśl na dziś? Jeśli to człowiek wyrządził drugiemu taką szkodę, że słowem lub czynem lub w jakikolwiek inny sposób dał mu do zrozumienia, że jest do niczego, to ów pokrzywdzony musi, poniekąd również ze sobą, stoczyć walkę serca, aby od człowieka usłyszeć- nie, że jest wspaniały, ale że nawet jeśli jest do niczego, to nic nie szkodzi. Bo kocha się pomimo...

Tak w ogóle to nie ma ludzi nietykalnych. Są najwyżej tylko tacy, którzy  dobrze udają, że nic ich nigdy nie dotyka. Zdają się być groteskowymi bohaterami, ale pod skorupką często boli bardziej, niż żywa rana cięta, kłuta czy szarpana.

Nikt nie powiedział, że życie ma nie boleć, ale grunt, by znalazł ktoś, kto zawsze ewentualnie powie:  
        Ależ to naprawdę, ptysiu, nic nie szkodzi.

niedziela, 8 lipca 2012

pójdę.

Dziś jest dobry dzień ( w zasadzie noc) by się na nowo utwierdzić, że pewne rzeczy mają sens. Że trzeba bardzo silnie, zarazem delikatnie dążyć za marzeniami, licząc się z porażką. Świat się w razie fiaska nie skończy, ale coś w tobie umrze, to pewne. Więc idziesz otrzeć się o śmierć, w pewnym, bardzo metaforycznym sensie. Idziesz z obawą, bo to, co było dla ciebie naturalne, nagle zdaje się być bardzo ważnym. Gdy będzie ważnym przesadnie, już wtedy przegrasz, bo pochłonie cię coś, do czego się nie dąży, ale z czym kroczy się bark w bark. Idziesz jak nad przepaścią w Czufut Kale, gdzie każdy pochopny ruch może kosztować wszystko, co masz, i czego mieć już nie zdążysz. Już przekraczam granicę, bo zbyt dużo tu słów. Grunt tylko, by zawtórować poecie, nie słowem, lecz działaniem:

           Bądź wierny, idź!

pójdę. 
ja.

czwartek, 5 lipca 2012

Olej księżyc, leć na Marsa!

Kilkuletni chłopiec i jego starszy brat, imion nie pamiętam.  Dziarska, kosmiczna zabawa. Wielkie marzenie małego o podróży na Księżyc. Starszy, podszkolony przez jakieś źródła naukowe zaproponował:
   -Olej księżyc, leć na Marsa!
   -Nie!!! - zakrzyknął malec. - Na żadnego Marsa. Ja chcę mój księżyc, ja go kocham, czaisz?!?

"Czaisz" w ustach chłopca zabrzmiało wybornie. Jego wielkie dziecięce marzenie i wielka chłopięca przygoda wygrała ze wszystkim, co mogło go zarówno zachęcać, jak  i zniechęcać. Następnego dnia rozpoczął budowę statku kosmicznego na  podwórku. I tak, pozostał wierny swojemu księżycowi, niezależnie, czy najpełniejszemu w okazałej pełni, czy wyciętemu jak najczerstwiejszy rogalik świata. 

Spojrzałbyś na mnie jak na niegroźną idiotkę. Siedzę i cieszę się, ot tak. Po prostu, bo jakoś tak czuję pod poparzoną skórą, że wszystko da się zrobić. To wszystko, co trzeba. I już. 
O wiele za wiele słońca, o wiele za mało ciebie. 

czołgiem!
ja.

wtorek, 3 lipca 2012

...

Są tacy ludzie, którym 'możesz' wykręcić olbrzymi, że tak się wyrażę nieliteracko, wał, numer, kant, cokolwiek... A oni i tak będą cię kochać. I musisz zrobić coś niezwykle podłego, aby z bólem odeszli. I to jest takie okropne. W stosunku do nich. Klasyczny scenariusz koreańskiej dramy: ktoś jest dla kogoś, ale nieszczerze, później wszystko się odkręca. Z tym, że to "później" to już za późno. I ludzie mieli rację. Można posypać głowę popiołem- tylko czy dlatego, że się skrzywdziło, czy z żalu, że jest się jednak "idiotą i dupkiem skończonym"... Och, przemyślenia... albo nie. 

Tak naprawdę, silę się na jakieś parę słów tu, w sieci, zamiast wziąć się za matematykę. Tak naprawdę, nie potrafię sobie bez ciebie znaleźć miejsca w czasoprzestrzeni. Tak naprawdę, brak mi oddechu, nie tylko dlatego, że powietrze jest porażająco ciepłe i gęste. Tak naprawdę, jest mi źle, bo 'Polak mądr po szkodzie'. Tak naprawdę siedzę sama w pustym mieszkaniu, jak ten kot Szymborskiej, a "przecież tego nie robi się kotu", a jakieś dziecko płacze za ścianą. Tak naprawdę, podejmuję całkiem bezsensowne działania, wyglądając "nagłego zwrotu akcji" jak żaba grzmotu. Jakie okropne porównanie. Bolą mnie oczy i pulsują skronie. 

W takich momentach zwykle pisze się listy typu

          i dziękuję ci, że mam to do kogo zaadresować

 Prowadziłam kiedyś taką korespondencję. Przykuwała do ekranu. Czekało się na maile, sprawdzało skrzynki tak głupkowato, poniżająco często. Bolało i upokarzało, ale dawało też poczucie bezpieczeństwa, pewnie względnego. Archiwum mogłabym czytać godzinami, pamiętając każde zdanie i okoliczności tegoż. Brrr, jednak okropność. Jednak są okropności, których się żałuje, i jednocześnie wręcz przeciwnie. 

Te "listy" tutaj też są absurdalne. Tym bardziej, im mniej anonimowymi się stają. Mam tylko nadzieję, że je jednak kiedyś przeczytasz. Będzie wtedy ubaw. Po pachy. Nie mniej, pozwolę się nam z tego śmiać, ponieważ będzie już po wszystkim, gdy nie będzie potrzeby pisania.

ja.


poniedziałek, 2 lipca 2012

Być (nie)może

Być może dzieje się to cudownym zrządzeniem losu, że jeszcze się nie spotkaliśmy. Być może jest to dla ciebie najlepsza z możliwych opcji. Gdybyśmy się na siebie już natknęli, pewnie bym cię odrzuciła, raniąc, albo opuściła, nie doceniając, albo hamburger z hotdogiem, a może i frytki do tego... Więc jest to twoje szczęście, bo jestem, niestety, "dobra" w takie klocki. I na co zdać się może spojrzenie przez ramię do tyłu i żal, że coś się zrobiło, a czegoś nie. Zawsze dowiadujemy się o tym po fakcie, jak o tym, że przypadkiem kupiliśmy obuwie o pół numeru przyciasne. 

I na co zdać się może p*******a wrażliwość, którą powinnam tu opatrzyć kreseczkami cudzysłowia; do czego komu potrzebne, że "ze mną można tylko pójść na wrzosowisko", po co wieczna tęsknota rozbudzona zapachem upalnego lipcowego popołudnia na wschodzie, gdzie "przynajmniej życie płynie zwyczajnie, słońce wschodzi i dzień się zaczyna"?

Do czego w końcu podobne stwierdzenie, wyszperane w pociągu u włoskiego autora:

                     W życiu ziemskim nie mamy stać się kimś, ale mamy stawać się nami samymi

gdy w tym życiu ziemskim będąc sobą, czy też nieudolną kopią wyśnionego, albo przynajmniej 'chcianego' siebie  zaliczamy awarię w niemal każdej istotnej sprawie! Po co wmawiać sobie, lub dać sobie wmówić, że jest/było/będzie się dobrym człowiekiem, gdy niemal jak kowal Fiodor,  rabuje się i pali wszystkie mosty po drodze, siejąc zamęt.

Gdzieś już o tym było, że człowiek nie zasługuje na miłość. Nic nowego... Lecz proszę, znajdź kogoś, kto nie zasługując, będzie przynajmniej potrafił docenić twoją miłość. 

ja.

P.S. A Ty... a Ty, proszę, uratuj mnie przez Miłosierdzie.

czwartek, 28 czerwca 2012

Krzyżówka dnia

" Siedzimy na dachach i bawimy się powietrzem..."

Spotkałam się z tymi słowami u kogoś kiedyś, nie wiem już, czy autorsko, czy w cytacie... To jest jedno z moich marzeń, ostatnio często do mnie wracające, w różnych okolicznościach i na wiele sposobów.
Chciałabym dziś szczególnie, byś wpadł do mnie choć na chwilę. Żałuję, że jest to nie możliwe, ponieważ jestem u siebie, to jest " nie-u-siebie".

Dziś jest jednym z tych dni, kiedy człowiek dowiaduje się, kto naprawdę stoi po jego stronie barykady. Czasem się zaskakuje. Prawie jak w opowiadaniu Mrożka... Cóż, mniejsza.

Więc dziś jest dobry dzień.

Więc twoja
ja.

P.S. Piszę do ciebie używając smartfona, a więc techniką palca zagłady, kończę, bo klawiatura w formacie mini nie jest najlepszą dla moich trzęsących się palców.

Wygrałam jednostronny zakład z rodziną. Ha, więc zapomnieli.

środa, 27 czerwca 2012

Balansując krawędzią chodnika


Wróciłam w nocy do mieszkania zmęczona. Wiesz, miałam długi, pełny dzień, od początku do końca obfity w ludzi. Mój Dzikus byłby sfiksował. Dla mnie jedno słowo: enjoyable.
Czekam na cuda tej sesji. Ufam Ci.
Przyszedł czas podwójnych przeprowadzek. Jestem już częściowo spakowana. Takie to moje życie na walizkach, po to, by średnio co dwa tygodnie zmieniać miejsce pobytu. Kiedyś jednak zbudujemy to państo w państwie. To nasze królestwo. Dom.
Siedzę w pociągu i, dasz wiarę, już po raz milionowy usłyszałam nazwę Zalesie Kraszyńskie ...albo jakiekolwiek. Tabun dzieciaków wieku wczesnoszkolnego towarzyszy nam na dzisiejszej trasie. Zaczęły śpiewać "Nie warto mieszkać na Marsie..." Ja wysiadam. Na szczęście to już.
Uśmiecham się
ja.

P.S. Słyszałam kiedyś taką bajkę: Mały chłopiec chciał koniecznie skorzystać z automatu pełnego łakoci. Wrzucał swoje małe pieniążki, ale nie działało. Podszedł do niego wąsaty pan i powiedział, że maszyna jest zepsuta. I tak chłopiec odszedł z niczym, ponieważ gdzieś tam kiedyś coś poszło nie tak...

To tak w temacie-nie w temacie. Ty jesteś moim serwisem, wiesz?

P.S. 2 Wróć. Uważaj, bo ktoś będzie czekał...

sobota, 16 czerwca 2012

"Grabowo, Grabowo!"

Tak dawno mnie tutaj nie było. 
   Całkiem niedawno, zupełnym 'przypadkiem' spotkałam na ulicy człowieka. Miał bardzo astronomiczną ksywkę i kserował w kiosku swoje wiersze dla sponsora. Wsłuchał się i wtrącił w naszą rozmowę. Przeczytał nam kilka utworów. Powiedział o dramatycznej cząstce swojego życia. Później mówił o swojej obecności na Juwenaliach, różańcu i takich tam. Zaczął nas ewangelizować. Powiedział, skąd pochodzi. Na koniec pobłogosławił i poszedł. Parę set metrów później pierwszy raz na całą moją obecność w tym mieście zobaczyłam autobus MPK ze święcącą nazwą miejscowości, z której przyjechał ten człowiek.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie delikatny zapach alkoholu. 
        Boże Ciało i Koncert Chwały. Bardzo w porządku, gdyby nie przekombinowane "Te Deum" solistki. Głos Natalii Niemen- mówi, a raczej śpiewa, sam za siebie. 
        Lunatykuję. Chodzę po pokoju i mówię od rzeczy. 
        Śnię o egzaminach, z konkretnymi zadaniami do rozwiązania.
        Zdarza mi się nie wytrzymać presji, wyjść "bez nic" z mieszkania po to, by się "przewietrzyć". Ostatnio wybrałam cmentarz. Było cudowne popołudnie, po deszczowym dniu okruchy słońca i jakiś dyskretny świergot. Cisza, spokój wśród zatłoczonego centrum. Chwila na przemyślenia i "wieczny odpoczynek racz im dać...".
        Generalnie to Euro 2012. Bardzo dobry wynik z Rosją, niedosyt po Grecji. Ironicznie o szale na nowych idoli sportu, którzy idolami być nie chcą. I jeszcze do wiary się przyznają. Dla mnie- kawał dobrej roboty, nie tylko na boisku. Żywmy sympatię, ale nie obklejajmy sufitów ich zdjęciami.
         Zaskoczonam bardzo upadkiem 'niegdysiejszych' autorytetów.

Jakaś konkluzja?  Dużo, wbrew pozorom, zaistniało w czasie i przestrzeni. Dobrze, że nie wszystko cię ominie, choć czasem zastanawiam się, czy mamy w ogóle jakiś kontakt ze sobą. Jutro wczesna pobudka i "od samego rana..." - fighting.

Pozdrawiam 
ja.

piątek, 1 czerwca 2012

scent of life

Panie Boże Wszechmogący, ocal nas od tej całej głupoty, amen.

Pamięć zapachów. Uwielbiam ładne zapachy. Przypominają o spotkanych kiedyś ludziach. Tak często chciałoby się, jak z głupia frant powiedzieć, "ślicznie pachniesz". Nagle wszystko wraca, kiedy receptory powonienia podrażni jakiś dawniej znany zapach. O ile bardziej ubogi byłby dla nas w odbiorze świat, gdybyśmy nie czuli jego woni. Czasem sam zapach wystarczy, by poczuć się "jak u siebie". Lubię zapach "perfum" samochodowych- gdy auto pachnie autem, ale. Lubię słodko-cytrusowe pachnidła dla mieszkań. Lubię wchłaniać zapachy, idąc ulicą, mijając ludzi, rośliny... To, co nazywamy zapachem świeżego, rześko mokrego powietrza po burzy, woń ciszy spaceru, jakieś echo kuchni dziecięcych lat... Nie chodzi o to, by codziennie odwiedzać perfumerie i bombardować się hektolitrami specyfików. Chodzi o odpowiedni subtelny akcent w należytym miejscu i czasie. Nie lubię, rzecz jasna, przykrych zapachów. Żyję w przeświadczeniu, że gdzieś jest ta najpiękniejsza woń na świecie.

 P.S. Zamknęłam wczoraj projekt łuku. Kropla zaledwie w morzu potrzeb. Potrzeba nam dużo siły,  motywacji i i jeszcze więcej cierpliwości, a nade wszystko jak najmniej głupot w głowach.

czwartek, 31 maja 2012

Jak maślanka w bajce.

-Coś wam powiem... Te kartony mają jedną zasadniczą wadę...
-Mają dno? 
-Też. I tyle maślanki marnuje się na ściankach...

To nie był podły dzień. Nawet normalny, jak każdy inny. Oprócz tego, że chłodny i że utwierdził mnie w położeniu edukacyjno trudnym. Wiem, że nie jestem obiektywna, bo każdy student w czasie sesji twierdzi, że ma najgorzej. Jedni walczą o piątki, inni walczą o "życie" na uczelni. Taka kolej rzeczy. Tymczasem, jesteśmy "jako ten owies, co dziś jest, a jutro go nie ma".  I gdzie sens, gdzie, ja się pytam, logika - na studiach ścisłych czy jakichkolwiek innych? Możesz być kiepskim inżynierem, a w porządku człowiekiem. Możesz być wspaniałym inżynierem, a kiepskim człowiekiem. Jestem 'oryginalna', co za odkrycie. Jakaś infantylna pisanina się tu wkrada....
Oddajcie mi mój rozum i priorytety.
Odnaleźć pięć minut ciszy, ciszy blisko Ciebie. Dać się przytulić i pocieszyć, bo z Tobą wszystko będzie dobrze, jakby nie było. Dać się ukołysać, być jak dziecko.
Blisko ciebie także. Tylko najpierw się spotkajmy. 
ja.

P.S. Pijemy maślankę oczywiście. Straciatella z Mrągowa, najlepsza na świecie. 
Żyję jak w bajce- "Muminkach". Jestem Buką. Zamrażam i odstraszam spojrzeniem. Przepraszam, no!

wtorek, 29 maja 2012

Jednak goni nas...

Zdarza się często, że różne rzeczy zwalają ci się na głowę w najmniej odpowiednim momencie. Czasem wręcz zapowiadają swoją przyszłą obecność. Perspektywa takich okoliczności odbiera sporo motywacji... Choć pewnie dodaje też trochę pozytywnej adrenaliny. Tak, zbliża się sesja...
Świat nas pożera, jeszcze trochę i połknie w całości bez gryzienia. Więc trzeba wymyślić coś nowego: Sposób na Świat.
pozdrawiam,
ja.

P.S. Znałam kiedyś człowieka, który bardzo nie lubił słońca. Jeszcze znał mnie, kiedy mu przeszło. Teraz mnie już nie zna, ale trochę miłości i polubił słońce. I ma się dobrze. Starocia mu nie potrzebne. Niech ma się dobrze.

niedziela, 20 maja 2012

w drodze z dworca na lotnisko

Tak jest mało czasu, by pisać, gdy przychodzi czas "wzmożonego działania". Zbyt mało mamy czasu w życiu, by zajmować się tym, co nie istotne. Kwestia jeszcze określenia rangi aktywności.
Teoria helioptymistyczna / optymizmu solarnego : kiedy jest słonecznie, można funkcjonować normalnie.
Kawa i herbata (dasz wiarę, herbata) wypłukują magnez. Już po mnie. 
Jasnorzewska jest poetką miłości. Ja nie jestem poetką.
Nie gadać głupkowato. Nie trwonić czasu na portalach społecznościowych i innych takich.
Minimum raz w tygodniu "na spokojnie" odwiedzić Ciebie. Wsłuchiwać się.
Przewartościowanie priorytetów.
ja.

wtorek, 15 maja 2012

bezwennie

Kilka szybkich szkiców. Nie, nie odręcznych,  już dawno rysowałam odręcznie. Szkice powstają w głowie, czy gdzieś... Więc.
Drganie dłoni, nie możność utrzymania teleobiektywu. Magnez.
Streetshooting,  czyli spontanicznie wśród ludzi z nutą ryzyka. 
Sprzątanie mieszkania. Musisz uwierzyć na słowo, że tu lśniło czystością.
Długie nocne rozmowy, niekoniecznie mądre i owocne.
i... jakieś niedorzeczne rozmyślania

Nie mam weny. Więc się jeszcze tylko uśmiechnę do ciebie.
ja.

czwartek, 3 maja 2012

masz 1 nową, dobrą wiadomość

Nie lubię Dżemu. Jestem jedyną osobą, którą znam i o której wiem, że nie lubi Dżemu. Dyskwalifikuje ich  w moich czasem radykalnych oczach "pornografia muzyczna". Nie mniej, muszę przytoczyć te słowa: 
                          
             Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi, bo nie jesteś sam. 

Wstań rano. Zacznij w Imię Boże. Później popatrz w lustro, uśmiechnij się  i powiedz: "dzień dobry". Trochę dla siebie, a trochę w ramach treningu, by wyjść na zewnątrz.
Porzuć wulgaryzmy, nie będą ci już do niczego potrzebne. 
Zacznij robić to, co kochasz.
Zacznij kochać to, co robisz. 
Uśmiechaj się do ludzi.- Wezmą cię za wariata?
Zacznij doceniać siebie i swoje położenie - Jesteś wariatem, ale za to jak cennym!
I zapomnij o tym, że ktoś patrzy z pogardą na auto w którym siedzisz, gdy zatrzyma się obok na czerwonym świetle. Nie wszyscy muszą cię akceptować, ale ty możesz akceptować wszystkich.
Wiedz, że czeka cię mnóstwo wspaniałych rzeczy. Będzie też trudno, ale będzie pięknie. 

Tak wiem, że to do mnie nie podobne. Wiem, ale nie narzekaj. Weźmy się do roboty.  Czeka szalenie dużo pracy, ale powiedziałabym, że to już połowa sukcesu - bardzo, bardzo chcieć.

Fighting!
ja.

P.S. A tak w ogóle, to lubię dżem. Truskawka, porzeczka, malina... Same dobre rzeczy. Ko ko ko ko.

środa, 2 maja 2012

momenty życia

Tak jak krowa daje mleko, tak siła ma dawać moment, a jak kura znosi jajko, tak przegub znosi moment.  Innymi słowy- projekt z mechaniki pokonany.  Ale nie o takich momentach chciałam...

Wyobraź sobie, że do rozgrzanego pokoju wpuszczasz otwartym oknem chłodne, nocne powietrze. Jest późno i ciemno, zalega absolutna niemal cisza. Księżyc prześwituje przez firanki... Posłuchaj tego śpiewu ptaków, on brzmi tak czysto, krystalicznie niosąc się z pobliskiego lasu. Dobranoc.

Wyobraź sobie, że rankiem pies wskakuje ci do łóżka, motywując cię do otworzenia oczu. Wita cię miękkie, rozproszone kwiatami wiśni światło słońca i odgłosy rozpoczynającego się dnia. Dzień dobry.

Za kilka lat zbudujemy w takiej okolicy dom. (O ile dożyjemy nie pogrzebani wcześniej przez polityków, ale nie myślmy na razie o tym...) Każdy, kto go kiedykolwiek odwiedzi, będzie chciał do niego wrócić. To jest, moim zdaniem, najważniejsza cecha obiektu, jeśli chodzi o "budownictwo". Amen. 

Ściskam wiosennie
ja.

niedziela, 29 kwietnia 2012

dzisiaj

Kto wychował się, patrząc w gwiazdy, nie będzie mógł bez nich długo żyć... A ten, dla kogo są one obce, niech raz tylko spojrzy na taki widok. Będzie często wracał. Więc niebo z moich stron. Szkoda tylko, że nie jest domem. 

Dwa żywioły: duży kosmaty biały i mniejszy krótkosierstny czarny i już wiadomo, że do kuchni się nie dostaniesz. Strajki na trasie korytarz- lodówka. 

Piękny, gorący dzień. 

PKP wisi mi mięsny obiad, jako że pociąg się popsuł, staliśmy w polu, wracaliśmy... Suma sumarum, na czwartkową kolację dotarłam w piątek. Niech żyją koleje. 

Niech jedynym lustrem, które będziesz miała przed oczami, będzie lustro  twojego aparatu fotograficznego. Przez nie będziesz widzieć nie siebie, lecz świat.

Pozdrawiam CIĘ
olo.

P.S. Oczywiście, że nie godzimy się na tandetę. W żadnym przypadku.

czwartek, 26 kwietnia 2012

więc? więc olo wróć!

Co my zrobiliśmy z naszymi marzeniami... Otworzyliśmy nasz ogród na oścież i do pewnego momentu było to bezpieczne. Później jednak przetoczyły się przez niego stada. Pozwoliliśmy, by stał się podobny do chlewu. Pozwoliliśmy, by ranny kogut zastąpił słowika. Co zrobiliśmy z tym, co nazywają miłością... My, ludzie.

Więc jestem nie dzisiejsza. Więc spotkałam się z nowym światem. Więc w obecnej sytuacji nie bawią mnie ani trochę tanie kawałki "kocham, kocham", nie wspominając już o zwykłym podkopywaniu ludzkiej godności. Autorom tekstów 'gratuluję'. Radykalność nie dzisiejsza. 

Trzeba się przejść, żeby wrócić. A my zaszliśmy już o wiele za daleko. O wiele. Zawróćmy, zawróćmy. Nie gódźmy się ot tak na to, by nasz świat tak po prostu upadł.

sobota, 21 kwietnia 2012

still an animal

Olo dziś jest złe. Still an animal.

Czy się uczę..? Tak, uczę się. Nie zmienia to faktu, że stoję w miejscu. Nie zgadzają mi się siły wewnętrzne w węzłach, nie potrafię współpracować z autofokusem i w ogóle to jest miejsce na słowa, których używać nie wypada.

Spotkałam nastolatki-emotki i wierną kopię Justina B. Okropność. Jak się ludziom nie powiem gdzie przewraca. Co ciekawe, wielcy modni buntownicy chcą się wyłamać ze schematów, ale aż sami się proszą, by ich w te schematy wpisywać. Modny bunt to tyle, co pudełko zapałek udające zasilacz komputera.

Jesteś wspaniały. Jak to czasem skomplikujesz mi próbę pojęcia sytuacji, w których się staram odnaleźć. 

Idziemy marzyć o wielkich, pięknych szklanoekranowych miłościach w dalekiej Korei. 

Więc słodko, cudownie, "optymizm" pełną parą, aż się poparzyć można. 

ja.

środa, 18 kwietnia 2012

muszę.

Joanna, moja siostra wujeczna, pierwszoklasistka, lat 7. Zdobywa swoje pierwsze szlify życiowe. Przeżywa pierwsze starcie z brutalną rzeczywistością i jej rozbieżnością z ideałami. Pierwsze uczucie bycia swoją własną osobą... Jednak nie o tym... Więc była mniejsza. Powiedziała wtedy wśród dorosłych pamiętne zdanie, powtarzane w rodzinie anegdotami i czasem ironią... 
          
                  No cóż... Musicie się z tym pogodzić!

To prawda. Asia miała rację. Ma ją wciąż. Są rzeczy, z którymi muszę się pogodzić. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie można czegoś pokonać, należy to wyśmiać. Jednak pewnych kwestii wyśmiać nie mogę.  Muszę się zatem z tym pogodzić. 

I tu następuje zmiana dekoracji. Niech to nie wygląda jak listy do wymyślonego przyjaciela. Nie jestem schizofreniczką. Jesteś dla mnie przyjacielem, matką, bratem, siostrą... Jesteś nauczycielem, powiernikiem i opiekunem.  Innymi słowy, można by powiedzieć, całym światem, który znam. Tak by się to przedstawiało.

Czas zmian. Permanentnych. Czas, by cofnąć się, jeśli nie odejść. Czas zrozumieć. Czas naprawić naiwne błędy. Czas wylać wodę, która komuś ciąży. Niech będzie lżej. Niech woda przyda się, nawadniając rośliny. Nie warta jest niczego więcej. W końcu wiosna, niech więc kwitnie.

Całe szczęście, że nikt nie każe ci tego czytać. Musiałbyś mnie wówczas znienawidzić.  I "wielki wspaniały plan" nie wypalił, jak to zawsze bywa w takich przypadkach. Nie mniej, nie będziesz mnie wyciągał "za uszy". Oduczę się rozpaczy. I już.


wtorek, 17 kwietnia 2012

świat jest pełen ...reperów!

Świat jest pełen reperów! Możesz nie wiedzieć, co to takiego. Możesz także wiedzieć. Nie jest tak do końca istotne, że reper to punkt osnowy geodezyjnej wysokościowej... i tak dalej. Nie jest to wcale istotne, że moja załoga z kamienicy (takiej a takiej przy ulicy tej a nie innej) już wie, co to jest reper i że jest informowana o jego obecności zawsze, gdy idziemy gdzieś razem, a taki delikwent pojawia się, zakotwiony w murze. To wcale nie jest ważne. Grunt, że świat jest pełen reperów. O co więc chodzi? O to, że najpierw trzeba się dowiedzieć, że takie coś w ogóle istnieje- i dopiero wtedy można to dostrzec- przekonać się, że świat jest pełen tego ustrojstwa... Żeby dostrzec, trzeba znać...

Tak na marginesie, chcę ci pokazać fragment pewnego listu. Sama się sobie dziwię, że dotąd go jeszcze nie napisałam... Ostatnio to do mnie wróciło, więc piszę w nadziei, że pomoże mi to w końcu wyrzucić tą sprawę z siebie i za siebie. Oczywiście, że nie wyślę go za granicę naszego kraju- tam, gdzie teraz trafić powinien, bo nikomu nie jest to potrzebne...
       
           Jesteś człowiekiem, z którym znajomość dała mi tyle szczęścia, co rozpaczy. Dziękuję za ciebie Bogu, ale modlę się, by pozwolił mi przebaczyć i zapomnieć. Mimo wszystko jednak, pamiętam ten wiosenny dzień i całe mnóstwo innych wiosennych, letnich, jesiennych i zimowych. Mimo wszystko pamiętam, że poniekąd przez czy też dla ciebie straciłam rok wszędzie, gdzie się wtedy obracałam. Chciałabym, by to było jedynym skutkiem, ale niestety, jesteś osobą, która wywarła na mnie zbyt duży wpływ. Pozbierać się nie było najgorsze. O wiele trudniej jest teraz żyć- będąc przeoraną twoją "przyjaźnią" która skończyła się w tak zagadkowy sposób, siejąc lęk w sercu. Jesteś kimś, kto cytował Lisa z  "Małego Księcia". Proszę, nie profanuj tych słów już nigdy więcej. Kochałam cię. Poniekąd i na swój sposób. I możliwe, że mam trochę psią naturę. Ale jeśli tak jest, to choćbym nawet chciała,  obiecuję, że nie uściskam cię, gdy kiedyś spotkamy się przypadkiem.

Chodźmy poszukać "reperów" w  ostatnio deszczowej codzienności
pozdrawiam, 
ja.

sobota, 14 kwietnia 2012

księżyc

Pewien człowiek bardzo pragnął mieć księżyc. Było to jego marzeniem od dziecięcych lat. Słyszał nawet bajkę o tym, jak księżyc skradziono. Wiedział jednak, że nie da się tego dokonać. Oczywiście widział błyszczącą tarczę każdej nocy, ale bał się, że kiedyś księżyc zgaśnie, że pewnego razu nie da mu krzty blasku ciemną nocą... Zaczął więc opowiadać księżycowi różne rzeczy, jak gdyby myśląc, że dzięki temu zatrzyma go przy sobie...

Dziwny człowiek- odpowiedziałoby dziecko.- przecież wiadomo, że księżyc nie odchodzi.

Dla dzieci wszystko jest oczywiste i łatwe. Dziecko prawdę ci powie. Dzieci nie dają się przekonać, gdy czegoś nie doświadczą. Dzieci z księżycem mają najpiękniejsze sny.
A ja z księżycem mam sny co najmniej dziwne. Zwłaszcza podczas pełni. 

Czasem jestem dzieckiem. Poza tym już nie.

Do kiedyś tam
ja.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Czwartek

Kolejny wcześnie zaczęty czwartek przetrwany. Kolejna porcja pomyślnego trafu dzięki temu, że do pewnych instytucji nie dotarły jeszcze parytety. Dzień udany po nieudanym.

Wpadłam na tą kobietę pod centrum handlowym. Wszyscy gdzieś spieszyli, a ona wręcz przeciwnie. Stała jak gdyby zagubiona w tym szaleńczym tłumie, patrząc na swoje około trzydziestoletnie odbicie w rozświetlonej szybie wystawowej. I miałam wrażenie, że słyszę jej myśli... Przeorane zawodem i codziennym, prędkim cynizmem, ciche pragnienie, by być piękną. Nieomal jej nie staranowałam. Przeprosiłam natychmiast. Wiedziałam, że wyrwałam ją z zamyślenia. Wiedziałam, że zapamiętam jej twarz.
 
 Musisz mi to wybaczyć, że piszę, jakbym adresowała do wszystkich ludzi, których znam. Kończę już, bo słońce ci wystygnie.

z serca,
ja.

środa, 11 kwietnia 2012

nie tylko od święta

Ukrzyżowałam Go. I umarł. A potem zmartwychwstał i żyje. I do tego powiedział, że mnie kocha. 
Tak bardzo chciałabym wierzyć w miłość i miłości.

Bo miłość jest jak słońce. Wątpi się w nią rozpaczliwie, gdzieś w głębi bezpiecznie wiedząc, że ona jednak istnieje.

Miłość mnie prześladuje
o miłość prosiłam
życzę więc jej i sobie
by była prawdziwa.

ja.

piątek, 30 marca 2012

dziesięć szkiców

Dziś coś ci narysuję. 
Zacznę od warunków atmosferycznych: czasem słońce, czasem deszcz (tudzież śnieg czy grad). 
Szkic numer dwa: mam ostatnio jakoś niewiele wolnego czasu. To wspaniałe, nie mieć czasu na "nie chcenie mi się ". 
Szkic trzeci: brak snu i prawdziwy koszmar kilka nocy temu. 
Czwarty: oczy zdradzają to, co jest w człowieku. I wszystko jasne. I ciepłe.
Kolejny: wszystko na odwrót. Jakby mi ktoś w głowę przyłożył.
Szóstka: zwierze oswaja człowieka. W obecności psa nieznajomi ludzie nawiązują kontakt, uśmiechają się do siebie.
Szkic siódmy: etiuda filmowa o kapitanie drużyny na treningu footballu.  do it, do it, you're strong enough, don't stop! don't stop, do it! you can, you can! do it, do it! Walczymy.
Osiem: coś, w co nie wierzyłam, że kiedyś się zdarzy: należę do tego miejsca, do tego miasta. Jednak należę. Tu.
Jeszcze jeden:  brak mi magnezu podobno.
I ostatni, dziesiąty: mam farta w niefarcie, czyli obyło się bez pHmetrii.

sercem, sercem
ja.



sobota, 24 marca 2012

rewelka w piętnastu aktach

Tak jest. Rewelka w piętnastu aktach. Pierwszy akt to podróż w 24h tam i z powrotem. Reszta to poniekąd pochodne pierwszego, wszystko pracowicie i przełomowo, więc koniec końców - cyrk na kółkach. 

Zapamiętaj dobrze: w życiu przydaje się pewna podstawowa umiejętność odróżnienia artysty od wariata. Jeśli zachwyca się pięknem i cieszy (i/lub cierpi) jak dziecko tworząc- przyjmujemy wysokie prawdopodobieństwo, że to istotnie artysta. Jeśli natomiast każe doszukiwać się piękna w zaciekach na murze i do kompletu towarzyszy mu powszechnie znana aczkolwiek niesympatyczna woń wysokoprocentowa- to niemal pewne, że wariat. Ot, cała historia. 

Spotkałam dwóch obcokrajowców- niskiego Francuza i bardzo wysokiego Afroamerykanina. Obaj nie potrafili odróżnić tuby rysunkowej od karabinu. Widać czuli zagrożenie z mojej strony i wzajemnie, dlatego nie wdając się w głębsze dyskusje, opuściłam ich towarzystwo. To była anegdota dnia. Czy ja wyglądam na Rosjankę? Dawaj, postrilajem!

Teraz czekają na mnie równania różniczkowe. Z tą tylko "różniczką", że tym razem mają sens. 

całkuję,
ja.  

wtorek, 20 marca 2012

dzień matki

Dziś, czyli 20 marca 2012 roku, w pierwszy dzień wiosny astronomicznej, w połowicznie słoneczny wtorek, rozpoczynający się o 7 rano odkręceniem żaluzji, jest dzień matki. Tak, dobrze czytasz. Nie, to nie jest literówka. To dziś.

Moja ulubiona, ta co zawsze trasa w mieście, wczesne popołudnie. Dzieci wracające do domów ze szkół. Dziewczynka trzyma za rękę swoją mamę, w drugiej dłoni dzierżąc różową smycz, na której końcu drepcze mały, karmelkowy piesek. Inna podąża dziarskim, dystyngowanym na swój sposób krokiem, obok swojej wysokiej, czarnowłosej rodzicielki przytwierdzonej do szpilek rozmiaru XL. Jeszcze inna, znów za rękę, z czapką na oczach, trochę podbiega, by dogonić swoją, nagle zupełnie nieuprzejmą matkę. Skrzyczana nie wyrywa swojej małej łapki, tylko debatuje o czymś nie przerywając. Jeszcze nic nie wie. Ja już dawno bym zamilkła. Dalej znów matka z córką, tym razem nastoletnią, o dziwo także za rękę, zmierzają do fryzjera. Na przystanku- dorosła kobieta z młodym, chyba nie do końca sprawnym człowiekiem. I tak do samych na wpół otwartych drzwi  na klatkę schodową.

Rozumiesz już więc, czemu ci piszę o dniu matki. Chyba często o tym myślę: czy ja też będę kiedyś prowadzić kogoś do szkoły i czy ten mały ktoś będzie ubóstwiał takie spacery, czy będzie raczej się ich bał, milcząc całą drogę. Czy w domu będzie ktoś na mnie czekał, czy raczej będzie czekał, aż z niego wyjdę... Czy dwudziesty marca i każdy inny dzień każdego innego roku będzie moim dniem?

Pozdrawiam,
ja.

P.S. Tak na marginesie. Jadę do domu. Jak po ogień.

poniedziałek, 19 marca 2012

wieża

Wieża. Wierzę, wierzę. Wierzę ci. Nie wiem tylko, czy ty mi wierzysz. Możliwe, że nie jestem godna zaufania... ale zbudowałam wieżę z zapałek. Można zbudować coś, co jest w miarę stabilne, ale wystarczy jakiś jeden nieprzemyślany ruch, aby wszystko to spłonęło. Nie, jeszcze nic wielkiego ostatnio nie spaliłam, ale wiem, że się boisz. Wiem też, że martwisz się. Ja martwię się o ciebie, ty martwisz się o mnie i uwierz, że daleko tak nie zajedziemy. Zawrzyjmy umowę. Pomożemy sobie nawzajem. Wiedz, że nie boję się ciebie i miej świadomość,  że to jest krok do przodu.

pozdrowienia,
ja.

P.S. Wiem, że nie jestem ani trochę godna miłości i bliskości... Czy mogę mieć zatem nadzieję, że wcale ci to nie przeszkadza?