siedzi, w niebieskiej sukni
nazywa się na pewno, na pewno Marta. lub może jeszcze smutniej?
wtorek, 21 lutego 2017
poniedziałek, 17 października 2016
środa, 11 maja 2016
nieliteracko
Zupełnie kolokwialnie, nie mam już sił. Przejrzałam posty sprzed lat... Mają w sobie iskrę życia. Może ból, może też nadzieję? Teraz jestem słabsza. Z każdym dniem opadam nieco niżej. I zdaje mi się, że człowiek nigdy przenigdy nie dotyka dna stopą.Już nie potrafię pisać tak, mimo wszystko, dowcipnie. I szczerze. I z kawałkiem siebie.
Coraz bardziej nie istnieję, może o to cały jest ambaras. Odchodzę, odchodzę.
Czekam na tatuaż.
W rodzinie oświadczyny, śluby, przygotowania. A ja nawet nie mam o czym mówić w nielicznych rozmowach telefonicznych.
Wulgarne słowa przepaliły mi już usta. Straciły swoją moc.
cokolwiek ze mnie zostało,
ja.
Coraz bardziej nie istnieję, może o to cały jest ambaras. Odchodzę, odchodzę.
Czekam na tatuaż.
W rodzinie oświadczyny, śluby, przygotowania. A ja nawet nie mam o czym mówić w nielicznych rozmowach telefonicznych.
Wulgarne słowa przepaliły mi już usta. Straciły swoją moc.
cokolwiek ze mnie zostało,
ja.
niedziela, 28 czerwca 2015
środa, 14 stycznia 2015
typowa Marta
Niezbyt cicho, trochę ciemno, rok 2015.
W takich okolicznościach, wraz ze słowami z piosenki Grzegorza Turnaua, powraca, pod nowym tytułem i z mnóstwem starych wpisów, ten blog.
Tak wiele zmieniło się od ostatniego wpisu, choć nie zmieniło się to, co boli naprawdę.
Myślę, że w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają blogów. Na pewno już nie takich. Może branżowe, ale nie osobiste. Cóż za ekshibicjonizm cyfrowy, możnaby powiedzieć, patrząc na teksty tej strony z poprzednich lat. Nie oszukujmy się, że kiedykolwiek było tu o ważnych dla świata kwestiach. Nie oszukujmy się, że było tu kiedykolwiek dawanie nadziei. Raczej rozpaczliwe jej poszukiwanie, które nie dobiegło jeszcze swego końca. Tu jest raczej o bólu. To jest raczej terapia. Tego raczej nie da się czytać. Raczej nie.
Płonę wstydem i nie potrafię jakkolwiek prosić o miłość. Z tego powodu staram się być ludziom użyteczna. Nie mogąc być kochaną, mogę być potrzebną.To nie jest egoizm, to ostatnia deska ratunku.
Jestem typową Martą.
W takich okolicznościach, wraz ze słowami z piosenki Grzegorza Turnaua, powraca, pod nowym tytułem i z mnóstwem starych wpisów, ten blog.
Tak wiele zmieniło się od ostatniego wpisu, choć nie zmieniło się to, co boli naprawdę.
Myślę, że w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają blogów. Na pewno już nie takich. Może branżowe, ale nie osobiste. Cóż za ekshibicjonizm cyfrowy, możnaby powiedzieć, patrząc na teksty tej strony z poprzednich lat. Nie oszukujmy się, że kiedykolwiek było tu o ważnych dla świata kwestiach. Nie oszukujmy się, że było tu kiedykolwiek dawanie nadziei. Raczej rozpaczliwe jej poszukiwanie, które nie dobiegło jeszcze swego końca. Tu jest raczej o bólu. To jest raczej terapia. Tego raczej nie da się czytać. Raczej nie.
Płonę wstydem i nie potrafię jakkolwiek prosić o miłość. Z tego powodu staram się być ludziom użyteczna. Nie mogąc być kochaną, mogę być potrzebną.To nie jest egoizm, to ostatnia deska ratunku.
Jestem typową Martą.
czwartek, 12 czerwca 2014
Tak wiele minęło czasu, tak dawno już do ciebie nie pisałam. Cóż, pewnie wzięło się to stąd, że przestałam wierzyć w to, że gdzieś tam, w przestrzeni, po drugiej stronie internetu, istniejesz. Gwoli ścisłości, wciąż nie wierzę w twoją tam obecność. Nie pozostaje mi jednak nic prócz tego smutnego zakątka przestrzeni wirtualnej, zakątka, którego, ku mojej uciesze z prywatności - i rozpaczy bycia nie wysłuchaną - nikt nie odwiedza.
Pamiętnik ten, zbiór listów, wymarł tak samo, jak wymarło życie na mojej planecie. Piękny ale przerażający ogrom pracy wchłonął mnie, czyniąc pracoholiczką. Frajerką, wysoce jednak użyteczną. Kiedy jest się, ze względów towarzyskich, do niczego, zawsze można stworzyć przestrzeń, w obrębie której jest się potrzebną. Trzymam się tej zasady kurczowo, jak narąbany na meserszmita trzyma się barjerki schodów.
Kiedy przepraszam za absencję i potworności i otrzymuję odpowiedź, ze nie mam za co, to zostaje mi tylko wrażenie, że w takim razie nikomu nie zależało na mojej obecności. Tak bardzo uroczo.
Samotność zadomowiła się we mnie jak wielki, szary kocur, który lokuje dumnie swoje cielsko na rozgrzanych kamieniach w taki sposób, by zająć jak największą ich powierzchnię. Jest mi strasznie. I smutno. Chodzę i zastanawiam się, co takiego zrobiłam ludziom z mojego najbliższego otoczenia, że jestem tym razem kozłem ofiarnym, tą czwartą, nie lubianą osobą. Przepraszam, chwilowo to otoczenie, w związku z powyższym, nie jest moim najbliższym, ale odgrodzonym szklaną taflą. A szkło jest pancerne. Zaobserwowałam to już dawniej, że takie pogorszenia stanu trafiają się zawsze, gdy zdecyduję się nieśmiało stwierdzić, że nieźle się z kimś dogaduję. Boże, uchowaj ludzi przede mną.
Kulę się więc w sobie jeszcze bardziej, staram się tylko stwarzać pozory. Mimo że budzi mnie codziennie piękne słońce, nie mam ochoty zwlekać się z łóżka. Czekam tylko na powrót do świata bez złudzeń, gdzie nie otaczają mnie ludzie - tam wszystko wraca do normy, choć nienormalnej, bo po prostu nie oczekuję tam nikogo. Nikogo tam nigdy nie było.
Pamiętnik ten, zbiór listów, wymarł tak samo, jak wymarło życie na mojej planecie. Piękny ale przerażający ogrom pracy wchłonął mnie, czyniąc pracoholiczką. Frajerką, wysoce jednak użyteczną. Kiedy jest się, ze względów towarzyskich, do niczego, zawsze można stworzyć przestrzeń, w obrębie której jest się potrzebną. Trzymam się tej zasady kurczowo, jak narąbany na meserszmita trzyma się barjerki schodów.
Kiedy przepraszam za absencję i potworności i otrzymuję odpowiedź, ze nie mam za co, to zostaje mi tylko wrażenie, że w takim razie nikomu nie zależało na mojej obecności. Tak bardzo uroczo.
Samotność zadomowiła się we mnie jak wielki, szary kocur, który lokuje dumnie swoje cielsko na rozgrzanych kamieniach w taki sposób, by zająć jak największą ich powierzchnię. Jest mi strasznie. I smutno. Chodzę i zastanawiam się, co takiego zrobiłam ludziom z mojego najbliższego otoczenia, że jestem tym razem kozłem ofiarnym, tą czwartą, nie lubianą osobą. Przepraszam, chwilowo to otoczenie, w związku z powyższym, nie jest moim najbliższym, ale odgrodzonym szklaną taflą. A szkło jest pancerne. Zaobserwowałam to już dawniej, że takie pogorszenia stanu trafiają się zawsze, gdy zdecyduję się nieśmiało stwierdzić, że nieźle się z kimś dogaduję. Boże, uchowaj ludzi przede mną.
Kulę się więc w sobie jeszcze bardziej, staram się tylko stwarzać pozory. Mimo że budzi mnie codziennie piękne słońce, nie mam ochoty zwlekać się z łóżka. Czekam tylko na powrót do świata bez złudzeń, gdzie nie otaczają mnie ludzie - tam wszystko wraca do normy, choć nienormalnej, bo po prostu nie oczekuję tam nikogo. Nikogo tam nigdy nie było.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)