wtorek, 17 lipca 2012

w drogę!

Coś ci powiem
Czas jest najlepszym lekarstwem
Nie myśl już o tym ani trochę
Lecz...
Kochaj tak, jak kochasz wschodzące słońce
bez planów, nadziei i czegokolwiek
Kochaj tak, jak kochasz niebo
po prostu czuj się dobrze, spoglądając w chmury
Kochaj tak, jak kochasz las po deszczu
ciesząc się oddychaniem wspólnym powietrzem
Kochaj tak, by nikt nie mógł nigdy powiedzieć:
'Ten człowiek tak kochał...'

Czas się zabrać w kolejną podróż. A później w następną, bez odpoczynku i granicząc z cudem. 

Nadszedł ten moment, zawsze poprzedzający wielkie akcje, w którym wszystko wali się na łeb na szyję i chciałoby się powiedzieć tylko i wyłącznie :"Niech się wszystko idzie paść, pierwiastkuję, nie jadę!". Zawsze jest moment okrutnego zawahania, gdy trzeba zawalczyć i zwyciężyć. Po to, by służyć. 

Więc dwa tygodnie w miejscu, gdzie jeszcze pięć lat temu krów było więcej, niż ludzi, a zasięgu jeszcze mniej niż ludzi. 

Koniec końców, w drogę. 

P.S. Zgubiłam klapki. Czerwone. Gdybyś znalazł, skontaktuj się ze mną, proszę.

P.S. 2. Mądrości mojego dziadka, który pierwszy nazwał mnie "olem": Żyj tak, byś kiedyś, szminkując usta, mogła swobodnie patrzeć w oczy tej, którą zobaczysz w lustrze.

sobota, 14 lipca 2012

zakładka: filozofia

Nie trzeba uciekać się do kieliszka czy 'dawania sobie po kablach', by znaleźć się w stanie, jaki można nazwać szumnie "speedem". Wystarczy prześnić koszmar, po którym człowiek budzi się łapiąc się za głowę i czuje się parę lat starszy. Wystarczy paść ofiarą najgorszego, według Dantego, przestępstwa na ziemi. Wystarczy paść ofiarą samotności, którą taką straszną trwogą nazwał pewien alkoholik i narkoman, wokalista, z którego robi się legendę. I trzeba się z nim zgodzić, choć trudno się zgodzić z jego postawą. Więc... Wystarczy prześnić sen o zdradzie i odrzuceniu. 

Mówi się, że sen jest całkowicie niezależnym 'miejscem', gdzie uwalniają się spod kontroli rozumu mieszkańcy ludzkiej podświadomości, pragnienia i lęki. To, w jakim stanie emocjonalnym się budzisz, wskazuje, czym był prześniony lokator... Nie żebym wierzyła w sny, bo nie ma w co tu wierzyć, ale jestem przekonana, że podświadomość działa, a nawet świruje. 

Więc budzisz się i funkcjonujesz niby normalnie, ale doskonale wiesz, że jest to normalność anormalna. Czujesz, że masz ściągniętą twarz i musisz przejść na sterowanie manualne, totalnie kontrolując i wymuszając gesty i mimikę. Więcej planujesz i nawet jeśli rzadko dajesz się ponieść emocjom, to w takim stanie nie robisz absolutnie nic pod wpływem chwili. Nawet gdyby coś ci w środku stuknęło, natychmiast zakazujesz sercu istnienia. Kiedy już zrealizujesz zamierzony plan, odwracasz się i odchodzisz. I wówczas zaczyna się twój marsz życia. Szybko, ale ze skupieniem na każdym kroku. Z potknięć wychodzisz bez szwanku, niezależnie jak kiepski jest chodnik i jaki rodzaj obuwia masz na sobie. Oddychasz głęboko i minimalnie unosisz głowę. Później prostujesz kręgosłup i czujesz potworny doping, bynajmniej nie euforii. 

To jest marsz. A teraz życia : Życie zostaje przywrócone, gdy ktoś cię zgasi, zetnie, doprowadzi do poczucia 'doniczegowatości', w sposób różnoraki, ponieważ różne rzeczy wpływają na ludzi. Wtedy następuje, zjazd. Proszę wybaczyć slang narkotykowy, ale sny działają, zaryzykuję stwierdzenie, poniekąd podobnie do środków psychotropowych. Mają coś przecież wspólnego.  Tyle tylko, że są dozwolone, wręcz naturalne. Zjazd ten powoduje, że zaczynasz naprawdę myśleć, czyli, koniec końców, budzi cię, pozwalając otrząsnąć się z okruchów nocy.

I zanim się jeszcze uwolnisz, to (wyobraź sobie, że twoje serce/psychika oddycha) pomęczy cię poczucie spłyconego oddechu emocjonalnego. Możliwe, że ściśnie ci oczy, które się trochę spocą. Wtedy przydaje się kaptur. Oczywiście, że ludzie nigdy nie zakładają kaptura bez powodu. To jest takie specyficzne "coś". Kaptur jest jak namiot, który ukrywa przed światem. Trzeba to wiedzieć, a nie, jak mój tato, dziwić się, dlaczego ktoś chodzi w kapturze po mieszkaniu. 

Później nareszcie przychodzi chwila, gdy można wziąć kolorowe kredki i czysty arkusz papieru i przekalkulować parę rzeczy, zastanawiając się, "co nowego się stało, jak wpłynęło i co mówi o mnie od środka". Zaskakujące rzeczy mogą wyjść na jaw. Polecam bardzo. 

Aua, proszę wybaczyć objętość,  nastąpiła kumulacja, tak skutkuje wyciszenie, kiedy przebywa się w miejscu, gdzie samochody nie jeżdżą non-stop pod oknem. 

Podobno lepiej czyta się na białym. Do usług.

piątek, 13 lipca 2012

uśmiech. jesteś w ukrytej kamerze

Na peron podstawił się pociąg o piątej gwieździe nad ranem. O piątej gwieździe  nad ranem, na pustym zatłoczonym peronie, świętej pamięci aktor ze spalonego teatru świata. Te pociągi zawsze przyjeżdżają punktualnie. Co prawda nie była to piąta rano, ale wyjechałam, zrobiwszy tu wszystko, co było w mojej mocy na chwilę obecną... Resztę trzeba sobie dobrze poukładać. 

Więc wyjechałam na "mój Wschód". Uwielbiam to robić. Wyjeżdżać. Oglądać zza okna te wioski zatopione zielenią i roztoczoną powyżej bajecznie pyszną czaszą nieba milion razy piękniejszego niż to z reklamy lodów śmietankowych. Owe obłoki ranne, jak rzekłby wieszcz ten czy ów. Lubię także wracać, ponieważ bądźmy dobrej myśli, z daleka są bliscy.

Generalnie, to myślą dnia jest lektura, której szczerze zamierzałam nie przeczytać, z pełną premedytacją. Witold Gombrowicz,  Ferdydurke. Najpierw było jedno wielkie "bleeeeeee". Później nauczycielskie: Ale słuchajcie, nie śmiejcie się, to moja ulubiona książka.  Jeszcze później: mizogon, jeśli nie cham i prostak, ale trzeba przyznać, że ma rację. Odsyłam do podręczników tudzież portali edukacyjnych. Koniec końców, chodzi o maski.  Maski, maseczki, ukrywanie prawdziwej tożsamości (której się być może wcale nie odkryło), oszukiwanie świata i chęć przekonania samego siebie, że jest się kimś innym. Dlatego jest możliwym, że człowiek, który ceni prawdę ponad miłość nigdy nie zostanie pokochany, bo nie będzie niczego udawał przed innymi. Czymże też, w rezultacie, byłaby miłość zbudowana na zakłamaniu, jeśli nie samą w sobie ułudą. Maska zawsze jest ucieczką. Maska zawsze jest podszyta lękiem o akceptację. My, królowa Anglii zarządzamy więc oficjalne palenie masek na stosie, niekoniecznie inkwizycyjnym. Może być w ogniu podjętego ryzyka, może być w ogniu zaufania. Zaleca się konsultację z lekarzem bądź farmaceutą, gdyż ogniem można się poparzyć, ale jak się nie poparzysz, to się też nie zagrzejesz. 

Padam z nóg, niechże więc padnie ostatni enter tej wiadomości.

A w głowie delikatne uderzenia. Ain't no sunshine...

Cudzoziemiec

Spotkałam go tu, w mieście podobno inspirującym, jakiś czas już temu. Wysoki mężczyzna, wiek bliżej nieokreślony. On. Cudzoziemiec. Niósł plecak na plecach i mapę w dłoniach. Zaczepił mnie z  zamiarem uzyskania (jakiejś) pomocy. Zaczął po angielsku i dopóki starał się sklecić parę zdań w tym języku, dopóty go rozumiałam. Wyraźnie jednak władanie językami obcymi nie było jego dobrą stroną. Zaczął się plątać i powoli, ale skutecznie, straciłam wątek. Nie byliśmy w stanie się porozumieć, kiedy zaczął mówić w, jak przypuszczam, swoim języku ojczystym, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Mówił, gestykulował, wkładał w tą "rozmowę" serce, można by powiedzieć, ale nie miałam pojęcia, o co chodzi.  Przeprosiłam go tylko spojrzeniem, a on zabrał klamoty i odszedł wolnym krokiem. On. Cudzoziemiec. 

Norwid już kiedyś coś napisał o pielgrzymie. On musiał być cudzoziemcem. Poeci to dopiero są. Zawsze o krok przed nami. Ciekawe, co Norwid napisałby o sercu/rozumie/jakimkolwiek innym "centrum dowodzenia", które przyjmuje sprzeczne komunikaty. Trochę, jakby się oparzyć i ochłodzić jednocześnie. Myślę, że zaleciłby spokój, bez ani krzty pochopności.  Jakie to wygodne.

Już czas najwyższy wyjechać stąd na dłużej.
 
Wieża Babel. Jestem przekonana, że tam nie skończyło się tylko na językach.

wtorek, 10 lipca 2012

Nietykalni

 Porcja olowej filozofii na dziś:
 
     -Blokersi, nie mają żadnej litości.
     -Właśnie to. Tego pragnę. Żadnej litości. Często mi podaje telefon. Wiesz, dlaczego? Bo zapomina...


Dawno już nie oglądałam tak dobrego filmu. Zapadły mi w pamięć powyższe słowa Philipe, człowieka sparaliżowanego, który zatrudnił do opieki bezrobotnego, mającego przeszłość kryminalną emigranta. Bo człowiek nie pragnie litości, tylko akceptacji. Bo kocha się nie za coś, ale mimo czegoś. Dlatego, jeśli masz swoje pięć minut, to nie znaczy, że zdobędziesz świat. Na zdobycie świata potrzebne jest całe życie. Myśl na dziś? Jeśli to człowiek wyrządził drugiemu taką szkodę, że słowem lub czynem lub w jakikolwiek inny sposób dał mu do zrozumienia, że jest do niczego, to ów pokrzywdzony musi, poniekąd również ze sobą, stoczyć walkę serca, aby od człowieka usłyszeć- nie, że jest wspaniały, ale że nawet jeśli jest do niczego, to nic nie szkodzi. Bo kocha się pomimo...

Tak w ogóle to nie ma ludzi nietykalnych. Są najwyżej tylko tacy, którzy  dobrze udają, że nic ich nigdy nie dotyka. Zdają się być groteskowymi bohaterami, ale pod skorupką często boli bardziej, niż żywa rana cięta, kłuta czy szarpana.

Nikt nie powiedział, że życie ma nie boleć, ale grunt, by znalazł ktoś, kto zawsze ewentualnie powie:  
        Ależ to naprawdę, ptysiu, nic nie szkodzi.

niedziela, 8 lipca 2012

pójdę.

Dziś jest dobry dzień ( w zasadzie noc) by się na nowo utwierdzić, że pewne rzeczy mają sens. Że trzeba bardzo silnie, zarazem delikatnie dążyć za marzeniami, licząc się z porażką. Świat się w razie fiaska nie skończy, ale coś w tobie umrze, to pewne. Więc idziesz otrzeć się o śmierć, w pewnym, bardzo metaforycznym sensie. Idziesz z obawą, bo to, co było dla ciebie naturalne, nagle zdaje się być bardzo ważnym. Gdy będzie ważnym przesadnie, już wtedy przegrasz, bo pochłonie cię coś, do czego się nie dąży, ale z czym kroczy się bark w bark. Idziesz jak nad przepaścią w Czufut Kale, gdzie każdy pochopny ruch może kosztować wszystko, co masz, i czego mieć już nie zdążysz. Już przekraczam granicę, bo zbyt dużo tu słów. Grunt tylko, by zawtórować poecie, nie słowem, lecz działaniem:

           Bądź wierny, idź!

pójdę. 
ja.

czwartek, 5 lipca 2012

Olej księżyc, leć na Marsa!

Kilkuletni chłopiec i jego starszy brat, imion nie pamiętam.  Dziarska, kosmiczna zabawa. Wielkie marzenie małego o podróży na Księżyc. Starszy, podszkolony przez jakieś źródła naukowe zaproponował:
   -Olej księżyc, leć na Marsa!
   -Nie!!! - zakrzyknął malec. - Na żadnego Marsa. Ja chcę mój księżyc, ja go kocham, czaisz?!?

"Czaisz" w ustach chłopca zabrzmiało wybornie. Jego wielkie dziecięce marzenie i wielka chłopięca przygoda wygrała ze wszystkim, co mogło go zarówno zachęcać, jak  i zniechęcać. Następnego dnia rozpoczął budowę statku kosmicznego na  podwórku. I tak, pozostał wierny swojemu księżycowi, niezależnie, czy najpełniejszemu w okazałej pełni, czy wyciętemu jak najczerstwiejszy rogalik świata. 

Spojrzałbyś na mnie jak na niegroźną idiotkę. Siedzę i cieszę się, ot tak. Po prostu, bo jakoś tak czuję pod poparzoną skórą, że wszystko da się zrobić. To wszystko, co trzeba. I już. 
O wiele za wiele słońca, o wiele za mało ciebie. 

czołgiem!
ja.

wtorek, 3 lipca 2012

...

Są tacy ludzie, którym 'możesz' wykręcić olbrzymi, że tak się wyrażę nieliteracko, wał, numer, kant, cokolwiek... A oni i tak będą cię kochać. I musisz zrobić coś niezwykle podłego, aby z bólem odeszli. I to jest takie okropne. W stosunku do nich. Klasyczny scenariusz koreańskiej dramy: ktoś jest dla kogoś, ale nieszczerze, później wszystko się odkręca. Z tym, że to "później" to już za późno. I ludzie mieli rację. Można posypać głowę popiołem- tylko czy dlatego, że się skrzywdziło, czy z żalu, że jest się jednak "idiotą i dupkiem skończonym"... Och, przemyślenia... albo nie. 

Tak naprawdę, silę się na jakieś parę słów tu, w sieci, zamiast wziąć się za matematykę. Tak naprawdę, nie potrafię sobie bez ciebie znaleźć miejsca w czasoprzestrzeni. Tak naprawdę, brak mi oddechu, nie tylko dlatego, że powietrze jest porażająco ciepłe i gęste. Tak naprawdę, jest mi źle, bo 'Polak mądr po szkodzie'. Tak naprawdę siedzę sama w pustym mieszkaniu, jak ten kot Szymborskiej, a "przecież tego nie robi się kotu", a jakieś dziecko płacze za ścianą. Tak naprawdę, podejmuję całkiem bezsensowne działania, wyglądając "nagłego zwrotu akcji" jak żaba grzmotu. Jakie okropne porównanie. Bolą mnie oczy i pulsują skronie. 

W takich momentach zwykle pisze się listy typu

          i dziękuję ci, że mam to do kogo zaadresować

 Prowadziłam kiedyś taką korespondencję. Przykuwała do ekranu. Czekało się na maile, sprawdzało skrzynki tak głupkowato, poniżająco często. Bolało i upokarzało, ale dawało też poczucie bezpieczeństwa, pewnie względnego. Archiwum mogłabym czytać godzinami, pamiętając każde zdanie i okoliczności tegoż. Brrr, jednak okropność. Jednak są okropności, których się żałuje, i jednocześnie wręcz przeciwnie. 

Te "listy" tutaj też są absurdalne. Tym bardziej, im mniej anonimowymi się stają. Mam tylko nadzieję, że je jednak kiedyś przeczytasz. Będzie wtedy ubaw. Po pachy. Nie mniej, pozwolę się nam z tego śmiać, ponieważ będzie już po wszystkim, gdy nie będzie potrzeby pisania.

ja.


poniedziałek, 2 lipca 2012

Być (nie)może

Być może dzieje się to cudownym zrządzeniem losu, że jeszcze się nie spotkaliśmy. Być może jest to dla ciebie najlepsza z możliwych opcji. Gdybyśmy się na siebie już natknęli, pewnie bym cię odrzuciła, raniąc, albo opuściła, nie doceniając, albo hamburger z hotdogiem, a może i frytki do tego... Więc jest to twoje szczęście, bo jestem, niestety, "dobra" w takie klocki. I na co zdać się może spojrzenie przez ramię do tyłu i żal, że coś się zrobiło, a czegoś nie. Zawsze dowiadujemy się o tym po fakcie, jak o tym, że przypadkiem kupiliśmy obuwie o pół numeru przyciasne. 

I na co zdać się może p*******a wrażliwość, którą powinnam tu opatrzyć kreseczkami cudzysłowia; do czego komu potrzebne, że "ze mną można tylko pójść na wrzosowisko", po co wieczna tęsknota rozbudzona zapachem upalnego lipcowego popołudnia na wschodzie, gdzie "przynajmniej życie płynie zwyczajnie, słońce wschodzi i dzień się zaczyna"?

Do czego w końcu podobne stwierdzenie, wyszperane w pociągu u włoskiego autora:

                     W życiu ziemskim nie mamy stać się kimś, ale mamy stawać się nami samymi

gdy w tym życiu ziemskim będąc sobą, czy też nieudolną kopią wyśnionego, albo przynajmniej 'chcianego' siebie  zaliczamy awarię w niemal każdej istotnej sprawie! Po co wmawiać sobie, lub dać sobie wmówić, że jest/było/będzie się dobrym człowiekiem, gdy niemal jak kowal Fiodor,  rabuje się i pali wszystkie mosty po drodze, siejąc zamęt.

Gdzieś już o tym było, że człowiek nie zasługuje na miłość. Nic nowego... Lecz proszę, znajdź kogoś, kto nie zasługując, będzie przynajmniej potrafił docenić twoją miłość. 

ja.

P.S. A Ty... a Ty, proszę, uratuj mnie przez Miłosierdzie.