Dawno, dawno temu było sobie małe dzieciątko.
Czy to nie nazbyt banalny, oczywisty początek, zwiastujący jednoznacznie przewidywalny koniec? Powinnam zacząć jeszcze raz...
Osioł. Cztery nóżki z kopytkami, (po co stosuję zdrobnienia- nie mam pojęcia) długie uszy i ogon, chwilowo służący za włącznik światła (niemal jak w historii o pewnym misiu). Osioł ów w wierszu pewnego poety-kapłana skakał do skrzynki pocztowej, by dostać nic.
Czyż nie lepiej od razu? W końcu nie codziennie pisze się o osłach, a w dodatku, jeszcze nie do końca wiadomo, o kim tekst będzie traktował...
Osioł poszedł śladem pewnej kozy, albo nawet koziołka, wyruszając w podróż. Całkiem niedorzeczną podróż, bez podkucia, zapasu siana i innych bajerów.
Upsik! Właśnie użyłam słowa mocno nieliterackiego...
W międzyczasie tak zwanym, osioł musiał być rumakiem. Czy w walce z wiatrakami, czy w wojnie domowej, czy w jakimkolwiek innym zamieszaniu- zawsze nie podkuty i bez rzędu.
Czy to nie dziwne, nie odróżniać osła od konia?