środa, 28 listopada 2012

Studium z natury

Był sobie raz taki kolo, który napisał taką cieniutką książeczkę o pewnym chłopcu. Wiesz, co pisał? Też chciałabym czasem nie wiedzieć. Jednak myślę, że kiedy stworzył ogród pełen róż, to doskonale je najpierw zasadził, podlał, przyciął. I one wtedy mogły rosnąć. Mogły sobie być i dobrze wyglądać, i pachnieć. Ot taki różany los. 

Założyłeś grunt. Wybrałeś farby. Przygotowałeś pędzle. Pozwoliłeś, by ktoś inny malował. A on nie chciał malować po Twojemu. Malował, nie patrząc już na Ciebie. Gdzie jest studium z natury? Gdzie godziny obserwacji, kontemplacji, wczucia? Gdzie nasza sztuka? Gdzie słodki smak tempery i tajemnicza woń werniksu? 

Aż by się chciało zawołać, wcale nie cenzuralnie. Tylko po co. 

Różany los bez nie możliwy bez warunków wzrostu. 

Zapach szkolnej szatni na moim swetrze. No dajcie spokój. 

Podniesiesz podarte płótno. Złożysz cierpliwie i z miłością, włókno po włóknie. Bezimienny Kot będzie się grzał przy kominku. Uśmiechniesz się tylko pobłażliwie słysząc "groźby", że po kolejnym zawodzie nie będzie już czego zbierać. Jesteś Artystą. Twoja branża to "Coś z niczego". Jesteś najlepszy. Twoja kategoria to: arcydzieła. 


niedziela, 18 listopada 2012

Tak, to o tobie.

Chciałoby się tak bardzo rzucić wszystko i być gotowym. Działać, podróżować, napędzać, zdobywać. Chciałoby się nawet to wszystko robić w szczytnym celu, szaleć w tym celu i tenże cel ofiarować tak do końca. Po prostu PÓJŚĆ. Zdobyć świat.

Jednak wspomij mi tylko o ciepłej kuchni i wspólnym działaniu. Głupim serialu oglądanym nie głupio, bo razem. Powiedz mi o tym "naszym" prawdziwym domu. Powiedz mi o tupocie małych stóp, pierwszej choince i ...
Po prostu mi tylko o tym powiedz. Rzucę cały świat.

Ja.

środa, 14 listopada 2012

Ha, ha... hasła.

Szukam pracy. Jakbyś znalazł coś ciekawego dla studentki, pasjonatki grafiki specjalizującej się w przygotowaniu plakatów, to daj znać. Chętnie przyjmę zlecenia. 

Dawno już tak nie miałam, że czekałam na wiadomość, jak dziki osiołek. Pewnie zbyt mocno uwierzyłam w to, że dostanę odpowiedź. Hm. W gruncie rzeczy, nikt nie powiedział, że jej nie dostanę. 

Dzieje się mnóstwo rzeczy rozmaitych, ale ten blog wymiera powoli, tak jak świat, który zasypia na zimę. Niby nic, a jednak. 

Pozdrawiam cię sennie
ja.

P.S. ...

środa, 7 listopada 2012

Tak myślałam.

Tak, właśnie tak myślałam. Czułam to, wiedziałam. Więc ogólnie, wyczuwam kłopoty. Ale przyjdę, choćby nie wiem co.

I wiesz, tak to się skończy. Ironią losu.

Widzę ludzi. Widzę ich. Nie wiedzą, że są w ukrytej kamerze. Widzę ich radości i smutki. Sukcesy i niepowodzenia. Głupotę. Mądrość. Ucieczki. Miłości. Marzenia. Rezygnację. Śmierć. Oczekiwanie na autobus i na kromkę chleba. Poszukiwanie i znajdowanie.
Widzę ich wszystkich. Zawsze. Wszystko. Ten serial nazywa się...

Bruk na deszczu. Zmoknięty, nigdy nie jest z deszczem całością. Ten sam bruk.
Ześlij deszcz.

wtorek, 6 listopada 2012

Myślałam dziś o naszych córkach... o ile właściwie pojawią się na świecie.

Dziś w nocy musiałam oddać książkę do biblioteki, w zastępstwie za koleżankę... Zaniosłam więc ten przedmiot i położyłam na ladzie, po czym dostałam reprymendę od bibliotekarki za jeszcze inne nie oddane pozycje. Tłumaczyłam się, że to nie ja, ale... Na koniec kobieta rozkazała mi ustnie "wypełnić" ankietę. 
-Kiedy poczuła pani poraz pierwszy wschodni wiatr?
-Co proszę? 
-Wiatr radziecki...
-A! W szkole podstawowej, rozpoczynając naukę języka rosyjskiego.
-Do jakiej szkoły i klasy ( o jakim profilu) posłałaby pani swoje dziecko?
-Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek będę matką.

Ot, taki sobie, dziwny sen. Wschodni wiatr wyrywa z butów, skąd mi się to wzięło, nie mam pojęcia. Natomiast ten tekst o dzieciach... Może dlatego pod koniec wykładu już nie mogłam się skoncentrować, więc przyszła mi myśl o naszych dziewczynkach. Zabawne, wiem. Może nawet niedorzeczne.  Nie mniej, dręczy mnie to jakoś ostatnio.

Nie wiem. Może to jeden z moich ostatnich listów do ciebie. Może to zupełnie nie tak. Może w ogóle nie (...)

Pozdrowię cię jeszcze dziś,
nie wiem, kim jestem.

czwartek, 1 listopada 2012

A ty mnie zaproś do tańca...

...czyli wrażenia dni niegdysiejszych.

Marzenia marzeniami, ale ostatnio dość już tematów damsko-męskich.

Bardzo troszeczkę tęsknię, ale muszę cię wychować. Gdy zatem zechcesz obejrzeć moją twarz, to wiesz, gdzie mnie szukać. Śpisz na podłodze, jak to mówią.

A ciebie wprost uwielbiam. Wnosisz ciepło, wcale nie stopami.

Ciebie natomiast boję się poznać na pół etatu. Ze mną wszystko, albo nic. Rozumiesz, nie lubię pożegnań.

Nade wszystko zaś dziś: ostatnie pożegnanie w rzeczy samej, bo już nigdy nie będziemy musieli się już więcej żegnać. Będziemy tam wszyscy razem. Oby.

Ściskam,
ja.