środa, 26 września 2012

Miśka Gienka historia spisana.

Szperałam dziś w starych teczkach. Zobacz, co znalazłam. Nie mam pojęcia, kiedy spisałam tą poniekąd autentyczną, absurdalną i pół serio historyjkę na dobranoc...

Miś Gienek miał najwyżej trzydzieści pięć lat. Pochodził ze "starych, dobrych czasów". Był porządnie wykonany i pewnie dzięki temu wytrzymał w swoim istnieniu tak długo. Produkt polski, żadne 'made in China'. Czuł się ostatnim, najbrzydszym i najgorszym spośród wszystkich nowych pluszaków. Na domiar złego, czuł się także osamotnionym i odrzuconym, ponieważ jego rodzina dawno już dorosła. Bawił dwa pokolenia, cóż mu jeszcze pozostawało... Miał jednak pewną wyjątkową cechę- dar mowy. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto potrafiłby i chciał go zrozumieć- ta zabawka mogłaby opowiedzieć niejedną historię. Ze wszelkimi szczegółami. 

Zdarzyło się pewnego razu, że do rodziny Gienka przyszli z wizytą znajomi z dziećmi. Wśród nich- mała dziewczynka, którą okropnie nudziło towarzystwo starszych. Wtedy właśnie spostrzegła leżącego na szafie misia. A może on dostrzegł ją?
-Witaj, jestem Asia, a ty jak masz na imię? - przywitała się z zabawką.
-Cześć Basiu, jestem Gienek. 
Dziewczynka popatrzyła na niego ze zdumieniem. 
-Nie jestem Basia, tylko Asia, Gienku!
-Aaa... Kasia! Wybacz, ale mam sklerozę.
Dziecko nie dowodziło już swojego imienia, tylko zapytało:
-Ale dlaczego?
-Gdybyś miała w głowie starą trocinę, też miałabyś problemy z pamięcią. 

 Miś opowiedział dziewczynce o dawnych technologiach zabawkarskich. Kiedy Asia zaproponowała mu ciastko, popatrzył na nią z politowaniem:
-Przecież mam zaszytą buzię. Nie mogę jeeeść... - i zaniósł się płaczem. 
-Nie płacz, Zenku- pocieszała mała. Pomyliła się, ale miała przecież tylko kilka lat. 
-O...! Nie mów do mnie Zeneeek...
Gienek był w istocie dosyć rozchwianą zabawką. Zazdrościł innym pluszakom i przeklinał swój dar myślenia. Był także brzuchomówcą, ze względu na zaszyty pyszczek i złamany nos. Opowiadał teraz, jak był zszywany, jak czuł każde ukłucie igły i szarpnięcie nitki. 

-Dlaczego jesteś smutny, Zenku? - Asi odpowiedziało jedynie wycie. W ogóle, to z plastikowymi oczami nie da się przecież płakać... - Oj Gienku, przepraszam.. przepraszam.- dziewczynka była bliska łez, widząc misia uderzającego głową o poręcz fotela. 
Później Gienek opowiadał o swoim trudnym drugim dzieciństwie. Pies odgryzł mu ogon, wiązano go i wbijano w kark śrubokręt (autentycznie na własne oczy pamiętam). Dziewczynka była bardzo ciekawa, w jaki sposób zabawka widzi i chciała dotknąć jego oczu, które nadawały mu przygłupowaty wyraz twarzy, można by rzec, sardoniczny uśmiech, ale miś uciekł i długo siedział schowany w szczelinie między fotelami.  Gienek marzył o tym, by być jak inni. Nie myśleć, nie mówić, nie czuć dotyku- by nie czuć bólu, nie pamiętać... Być standardową, zabawką. Wkrótce nie wytrzymał. Zalany łzami stanął na krawędzi fotela, a całe towarzystwo krzyknęło "Skacz, skacz!" uznając to za świetną zabawę. Więc skoczył. 

Wystarczyła chwila, by rozpłynął się w powietrzu. Mógł wylądować za łóżkiem, zostać porwanym przez psa drepczącego wkoło, może podniesionym przez kogoś i ukrytym- cokolwiek.
-Gieneeeek! -zawołało dziecko, rzucając się na poszukiwania zabawki. Wróciła zupełnie bliska płaczu. Dorośli mówili, aby się nie martwiła, bo wróci na pewno. 
W końcu ktoś przyniósł go z powrotem i położył obok dziewczynki. Ta złapała go w radosne objęcia. Próbowała do niego mówić, ale leżał bezwładnie ze swoim szytym uśmiechem i połyskującymi guzikami oczu. 
-O nieee - rozryczała się mała. - Czemu on nic nie mówi?!?
-On już jest zwykłą zabawką, jaką zawsze chciał być.
-I już nigdy nic nie powie? Ooo... To musimy go odłożyć. - dodała z powagą dziewczynka.  Położyła misia z powrotem na szafie. Tak oto pozostawiła go ostatnia osoba, która potrafiła zrozumieć jego pluszową mowę. 
-Pobaw się w coś innego- powiedzieli dorośli.

Trzeba przyznać, że w jednej kwestii Gienek okazał się idiotą. Nie przyszło mu nigdy do głowy, że ktokolwiek mógł był go kochać.

Fakty bez mitów.

Okropnie gęsta mgła ścieląca się szczelnie wokół drogi. Aż przypomina mi się mój senny koszmar, że jadę samochodem i auto zaczyna delikatnie osuwać się do tyłu. Później coraz bardziej i szybciej. Wciskam więc hamulec do oporu wdeptując go w podłogę, ale bez skutku. Spadam, a raczej zjeżdżam. Nie lubię tak śnić. 

Coś jest na rzeczy. Mgła opada i wynurzają się z niej kontury. Coś się z tej mgły wynurza. Tylko co. 

Widuję cię. Słyszę o tobie. Opowiadają o sobie i o nas. Dużo, często, wszędzie. To zabawne, zważywszy na fakt, że nigdy się nie spotkamy. To zabawne, że prawdopodobnie fakt, iż tęsknię za tobą, jest pewnego rodzaju potwierdzeniem, że tęsknię za Nim. Ułamkowo tak mocno, jak On za nami.

Jest perełka renesansowa we wschodniej Polsce. Ozdobą miasta jest śliczny park. Podobno nieziemsko wygląda, wraz ze starówką, nocą. Minimalnie się boję. No nie, może nie tyle boję... Odczuwam tylko taki drobniutki niepokój, że nie będzie nam dane się o tym przekonać. 

Dużo się dzieje
ja.

czwartek, 20 września 2012

Przebaczenie

Jeśli wdzięczność, to także przebaczenie. Pokutuje takie okropne, jak ostatnio stwierdziłam, wyrażenie:

               Wybaczam, ale nigdy tego nie zapomnę.

Jakby nie patrzeć, przebaczyć nie znaczy zapomnieć. Wciąż pamiętam pewne sytuacje i nie zanosi się, żeby przybyli faceci w czerni z takim laserkiem, strzelili mi w czoło i żebym o wszystkim zapomniała. Więc? Uwaga, odkrycia dnia: Do wybaczenia konieczne jest zapomnienie. Nie sytuacji, samego faktu, ale zapomnienie komuś.  Więc nie pielęgnować czyjegoś złego obrazu. Zamykam oczy i nie widzę zdrajcy, tylko człowieka. Więc uczynić mały-wielki gest zapomnienia, przed samym sobą, ten kamyczek milowy jest przecież po to, by samemu pamiętać - o zapomnieniu.

Czyli... Wola plus zapomnienie komuś, plus trochę czasu. Ktoś wybacza mi non stop, zapomina wszystkie moje wyskoki, te małe i te olbrzymie. Więc byłabym straszną szują, przyjmując, nie dawać tego samego. 

A jak jest przebaczenie, to i o wdzięczność łatwiej.

Pozdrawiam słonecznie w pochmurny dzień
ja.

P.S. Mój sposób na... optymizm w deszczowy dzień? Alleluja i do przodu, czyli genialnie jaskrawy, ale nie żarówiasty oranż parasolki. My, królowa Anglii lubimy to.

wtorek, 18 września 2012

"Pseudohipsterski shit"

Wiesz, ja się bardzo zastanawiam, dlaczego ludzie tak z góry zarzucają komuś hipsterstwo, jeśli robi coś innego, uwaga, modne słowo: alternatywnego i tak dalej. Musiałam się poniekąd wysilić. Otworzyć komputer, przeglądarkę, odpalić wujka G. tylko po to, by sprawdzić, dlaczego niby miałabym uprawiać hipsterski shit - i co w ogóle można rozumieć pod tego rodzaju pojęciem. 

I tu niespodzianka. Czy ja robię coś niezwykłego, super oryginalnego, że do ciebie piszę? Ludzie od wieków pisali listy, później były jeszcze telegramy, znów listy, sms-y, e-maile i listy. Ech, te listy. No fakt, może to jest dzisiaj niezwykłe, odebrać taki "żywy", papierowy list, albo pocztówkę, no ale bez przesady. Hipsterstwo. Hipster by się uśmiał.

Skoro już piszę o pisaniu... Mam nadzieję, że będąc sobie tam, gdzie jesteś, czasem zaglądasz tu, do tej internetowej szuflady... Gdy się już spotkamy, to obiecuję, będę pisać do ciebie "żywe" listy. Będziemy je przechowywać w prawdziwych szufladach, przewiązując je w pliki jakąś ładną wstążką. 

Chcę dodać jeszcze, że pewien człowiek podsunął mi niedawno pewien utwór muzyczny. W miejscu, w którym napiszę tytuł i wykonawcę, mój wirtualny "przyjaciel" z pewnością okrzyknie mnie ponownie pseudohipsterką, ponieważ takie brzmienia cieszą się sporą popularnością ostatnio, pewnie w określonej ilościowo grupie ludzi.  Zatem śmiało, Przyjacielu, czas start. Piosenka to Melodia ulotna Meli Koteluk. Tak, i cóż. Podobno całkiem dobry soundtrack do tej pisaniny. No, może zbyt mało delikatny, raczej niespokojny, ale cóż. Gdybym się chciała przyczepić, musiałabym stwierdzić, że niesie kawałeczek nadziei, bo już moim śladem idzie...

ależ dziś długo.
ja.

 

niedziela, 16 września 2012

Wdzięczność

Dziś był taki sobie pochmurny, chłodny dzień, który zabrał na urlop kompleksy mojego ja. Oczywiście, że nie znikły, ale nie zawsze przecież trzeba o nich myśleć.

Można się było dziś, na wzór nieba, schmurzyć i kręcić nosem na wszystko, ale przecież to nie miałoby żadnego sensu. Bez sensu byłoby powiedzieć, że wszystko jest bez sensu. Sensu, sensem... Zatem, żeby te słowa nie były nonsensem, poszukajmy im jeszcze jakiegoś sensu. 

Wdzięczność. Jest tyle powodów do wdzięczności, że gdybym miała czapkę, z pewnością zerwałabym ją z głowy.

Notatki z wystawy

Maleńki ryneczek wyłożony kostką brukową, otoczony z wszystkich stron niskimi kamieniczkami, ponad którymi łagodnie spoczywa słońce, topiąc wszystko w swoim blasku. Po chwili światło ustępuje, jednak tylko po części, chmurze, która zrasza ziemię ciepłym, letnim deszczem. Krople spiesznie obmywają bruk, bębnią, obijają się o parapety, toczą wąskimi strużkami po chodnikach. Coraz szybciej i rzewniej, ale nad tym wszystkim króluje słońce. Więc na ulice wychodzą ludzie i cieszą się, dają się zmoczyć od stóp do głów po upalnym dniu. Wielki, ale harmonijny szum. Opada i tak nagle, jak spadł deszcz, zalega teraz cisza.  Pełna pokoju i ciepła. Tęcza i prześwit słońca. I choć możesz być jak ten bruk, dosięgnięty wodą, ale nie napojony, to to jest piękne. Zawsze i mimo wszystko.

Cichy, równoczesny szept, podbity delikatną melodią glosolalii.  I cisza i pokój.  I radość. Błogosławione wdzięczne serca, które potrafią wielbić, bo robią wszystko, co mogą i co będą robiły całą wieczność. 

dziękuję, za absolutnie wszystko
ja.

piątek, 14 września 2012

Wyjście awaryjne

Wyjście awaryjne- taki napis przykuł moją uwagę dziś w autobusie. Widniał w postaci drobnych, czerwonych literek na zaparowanej szybie, przez którą dzięki temu nie było widać tej ponurej, typowo jesiennej aury.  Więc stwierdziłam, że dla nas nie było żadnego wyjścia awaryjnego. 

Nie widziałam cię bardzo długo, kilka miesięcy. To znaczy, może i widziałam, jakoś ostatnio,  przez okno samochodu, po drugiej stronie ulicy lub coś w tym guście.

Więc czasem to jakieś okropne, może nie tyle przejeść z kimś beczkę soli, ale mieć kawałek wspólnej historii, a później, mimo że wydarzyło się tak wiele, nie mieć o czym rozmawiać. I jeszcze zachowywać się naturalnie. 

Nie wygodnie mi z tym, jak w butach nie tego rozmiaru, że muszę się silić na cokolwiek, bo ty masz taki styl, jak gdyby nie zależało ci na czymkolwiek. Jak zawsze. W rezultacie, nigdy nie wiem, czy to styl, czy prawda. Jak zawsze.

To zdecydowanie okropne, że odrzucasz jedyne pewne szczęście, że nie chcesz o Nim słyszeć, że nie chcesz, by cię pokochał. Boli to i tylko to. I nie tylko mnie. 

Jednak kiedyś ktoś powiedział, że jest się odpowiedzialnym za to, co oswojone. Dlatego to wszystko.

Więc cię błogosławię
+

czwartek, 13 września 2012

śledztwo w sprawie Antoine'a

Gimnazjum, klasa 2, lektura szkolna. Mogło się już wszystko zmienić, ale kiedyś ta książka miała swoje miejsce w kanonie. Przeczytałeś ją, prawda? Chłopiec, kosmos, lis, ziemia, baranek i róża. No właśnie, róża. 
Ów chłopiec, nazwany Małym Księciem, podróżował po wszechświecie, trafił także na Ziemię. Na Ziemi odbył wizytę w ogrodzie pełnym róż. Dekoracja mniej więcej tak się przedstawia, Exupery'emu nie trzeba było nic ponad to, by przekazać to, co miał na myśli. A mi się myśli, że tam powinno było znaleźć się coś jeszcze.
Zobacz, chłopiec był w ogrodzie róż, ale gdzie jest powiedziane, że nie było tam innych kwiatów? Koleś miał taką odkrywczą naturę, zarazem takie dobre serduszko, więc musiał, musiał zagadnąć też inne rośliny. Może dostrzegł jakiegoś zwykłego, może zwichrowanego badylka i zapytał go, dlaczego. Przypuszczam, że badylek odpowiedział: Ponieważ wtedy, gdy był na to czas, nikt mnie nie podlał i nie przesadził, bym miał więcej słońca. Nawet nie skosił rosnącej wokół trawy. 

Takie tam ogrodnicze, aczkolwiek

            Ludzie są jak kwiaty, stworzeni po to, by się rozwijać.

Więc kim byśmy mogli być teraz, gdyby jednak...
Gdybanie, gdybaniem, więc jak gdyby pozdrawiam
ja.

sobota, 8 września 2012

Budujemy nowy dom

Na początek przypomnij sobie piosenkę zespołu Zakopower:

                       Trzeba stworzyć dom, żeby mieć do czego wracać (...)
                       ...i kochaj i kochaj, zbudujesz dom...

Pomyśl jeszcze o ścieżce z filmu animowanego "Zaplątani":
                      Marzenie mam! 

I wiesz co z tego wyjdzie? Nasz dom. Kiedyś zbudujemy ten dom i choćby dla tego jednego domu, skończę budownictwo. Żeby go zbudować. Wiesz, już go widziałam. Opiszę ci go kiedyś bardziej szczegółowo, każdą podporę, ścianę, aż po dachówki. Opowiem ci o wielkich regałach na książki, pokojach, pracowniach, ogrodzie i fotografiach na ścianach. Opowiem ci o jego sercu i o jego "tajnym składniku"- o miłości, która będzie spoiwem, uszczelnieniem, instalacją, cegłą i wszystkim. O kudłatym psie w ogrodzie z bujnym żywopłotem i ludziach, którzy będą uwielbiać przebywanie w tym domu. O stertach naczyń, które będziemy po gościach zmywać z radością i o tej radości, że ci goście będą się czuli jak u siebie. I będą powracać.

Dziś jest dzień Matki. Jednak myślę, że gdyby był to dzień córki, nie miałabym czego świętować. Cóż, nie wszystko się wszystkim zawsze udaje. Córki też czasem nie.

Marzenie mam, 
ja.

środa, 5 września 2012

śpiewam pięknie wtedy, gdy gotuję...

Otwieram lodówkę. Co my tu mamy? Papryka żółta, papryka czerwona, drożdże, mięso, margaryna, oliwa, olej, jaja kurze, ocet, śmietana,  alkohol (do ciasta, oczywiście) i tak dalej, i tak dalej, wszystko plus minus sensownie rozlokowane po półkach i szufladkach. Wypadałoby znaleźć tomik literatury fachowej (czyt. kulinarnej) i do dzieła!

Teraz będzie niezła rozkmina,  jak to ktoś kiedyś zaśpiewał, a raczej zaimprowizował, nad moją gitarą na pewnym korytarzu. Przecież nie na tym sprawa polega, żeby zaserwować sobie wielką jajecznicę na kilka dni, później ją odchorować, po czym znowu stanąć przed otwartą lodówką i pytać "co dalej?". Muszę to tak strategicznie ogarnąć, by wszystko harmonijnie złożyć w piękną całość. Ha. 

Proszę bardzo, porcja filozofii kuchennej prosto znad miski z dopiero co przygotowaną sałatką. Śpiewam pięknie  wtedy, gdy gotuję... czyli przepis na życie. Tego mi trzeba i tego, w rezultacie, szukam. Pomysłu, by nie miotać się z lewa na prawo, ale wykorzystać wszystko, co mogę i mam. Amen.

Pomimo "jakiejś" metaforyki kulinarnej, jedzenie mnie ostatnio wcale nie pociąga, a mięso to już w ogóle. Wiesz co to znaczy? Musi być ze mną coś nie tak, wszak należę do rodu mięsożerców. Nieważne, nieważne. 

Smacznego!
ja.

P.S. Od kilku dni oglądam na chodnikach miejsc, gdzie się znajduję, plecy starego przyjaciela. Ciekawe, czy obejrzę kiedyś jeszcze jego twarz.

wtorek, 4 września 2012

A może byśmy tak..

Przy jednym z najpiękniejszych rynków w Polsce znajduje się w podcieniach mała knajpka, pijalnia czekolady. Mamy tam swój stoliczek, na którym roztrząsałyśmy błędy matury próbnej z matematyki i przy którym siadamy zawsze, przychodząc na tradycyjnego już gofra w rozmaitym wydaniu. Spotykamy się kilka razy do roku, uaktualniamy informacje bieżące, wspominamy dawniejsze. Zawsze pytasz: Czy jest ktoś? Nie wiem, ile jeszcze upłynie czekolady przy tym stoliczku, zanim odpowiem twierdząco, ale i tak uwielbiam te wizyty, kończące się przejściem parku wzdłuż i wszerz. 

Najważniejsze, to się odnaleźć w miejscu, należeć do niego i tak samo je posiadać. Z czasem pozostawić, ale umieć powracać... Kiedyś, kiedy my się już spotkamy, poznamy się w pewnym miejscu. Do niego będziemy też wracać, bo będzie ono naszym.

Nie wiem, dlaczego, bo wymowę miał inną, ale kojarzy mi się pewien wiersz.
          
               A może byśmy tak, najmilszy, wpadli na dzień do Tomaszowa...

No i, co prawda, nie do Tomaszowa...

 Miło jest stąpać po betonowej kostce brukowej i nie myśleć o tym, że została wyprodukowana dla wytrzymałości minimum C40/50 (przynajmniej wg pewnych źródeł).

Z uśmiechem
ja.

poniedziałek, 3 września 2012

pies prawdę ci powie?

Rozmawiałam dziś z moim psem. Spojrzałam mu głęboko w jego karmelowe oczy i zadałam pytanie. 
                             Czy myślisz, że wywołuję tylko lęk? A może także intryguję?

Tak, mogłabym się w tobie zakochać, mogłabym nawet dać ci szansę na to samo. Myślisz, że pies mi odpowiedział? A skąd! Zorientował się, że skończyłam jeść kolację i pobiegł, w sumie nie ważne gdzie. Zostawił mnie z dylematem, na który mogłabym odpowiedzieć, ale nie sobie, lecz tobie. Tak, intrygujesz mnie. Jednak nie sądzę, żebyś miał kiedyś popatrzeć w moje oczy w ten konkretny sposób... Więc pewnie nie ty jesteś tym, który idzie już gdzieś podobno moim śladem. Pewnie trochę szkoda, ale dobrze byłoby, gdybyśmy oboje mogli być szczęśliwi. Więc nie zakocham się w tobie, ale lubię cię na swój sposób. Niech tak zostanie. I nie bój się mnie więcej.

Pozdrawiam cię radośnie
ja.