Dziś był taki sobie pochmurny, chłodny dzień, który zabrał na urlop kompleksy mojego ja. Oczywiście, że nie znikły, ale nie zawsze przecież trzeba o nich myśleć.
Można się było dziś, na wzór nieba, schmurzyć i kręcić nosem na wszystko, ale przecież to nie miałoby żadnego sensu. Bez sensu byłoby powiedzieć, że wszystko jest bez sensu. Sensu, sensem... Zatem, żeby te słowa nie były nonsensem, poszukajmy im jeszcze jakiegoś sensu.
Wdzięczność. Jest tyle powodów do wdzięczności, że gdybym miała czapkę, z pewnością zerwałabym ją z głowy.
Maleńki ryneczek wyłożony kostką brukową, otoczony z wszystkich stron niskimi kamieniczkami, ponad którymi łagodnie spoczywa słońce, topiąc wszystko w swoim blasku. Po chwili światło ustępuje, jednak tylko po części, chmurze, która zrasza ziemię ciepłym, letnim deszczem. Krople spiesznie obmywają bruk, bębnią, obijają się o parapety, toczą wąskimi strużkami po chodnikach. Coraz szybciej i rzewniej, ale nad tym wszystkim króluje słońce. Więc na ulice wychodzą ludzie i cieszą się, dają się zmoczyć od stóp do głów po upalnym dniu. Wielki, ale harmonijny szum. Opada i tak nagle, jak spadł deszcz, zalega teraz cisza. Pełna pokoju i ciepła. Tęcza i prześwit słońca. I choć możesz być jak ten bruk, dosięgnięty wodą, ale nie napojony, to to jest piękne. Zawsze i mimo wszystko.
Cichy, równoczesny szept, podbity delikatną melodią glosolalii. I cisza i pokój. I radość. Błogosławione wdzięczne serca, które potrafią wielbić, bo robią wszystko, co mogą i co będą robiły całą wieczność.
dziękuję, za absolutnie wszystko
ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?