Kilkuletni chłopiec i jego starszy brat, imion nie pamiętam. Dziarska, kosmiczna zabawa. Wielkie marzenie małego o podróży na Księżyc. Starszy, podszkolony przez jakieś źródła naukowe zaproponował:
-Olej księżyc, leć na Marsa!
-Nie!!! - zakrzyknął malec. - Na żadnego Marsa. Ja chcę mój księżyc, ja go kocham, czaisz?!?
"Czaisz" w ustach chłopca zabrzmiało wybornie. Jego wielkie dziecięce marzenie i wielka chłopięca przygoda wygrała ze wszystkim, co mogło go zarówno zachęcać, jak i zniechęcać. Następnego dnia rozpoczął budowę statku kosmicznego na podwórku. I tak, pozostał wierny swojemu księżycowi, niezależnie, czy najpełniejszemu w okazałej pełni, czy wyciętemu jak najczerstwiejszy rogalik świata.
Spojrzałbyś na mnie jak na niegroźną idiotkę. Siedzę i cieszę się, ot tak. Po prostu, bo jakoś tak czuję pod poparzoną skórą, że wszystko da się zrobić. To wszystko, co trzeba. I już.
O wiele za wiele słońca, o wiele za mało ciebie.
czołgiem!
ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?