W radio jakiś shit. Grunt, że głośno.
Wsteczny, zakręt i płynnie zapinamy jedynkę.
Dwója, trója, jedziemy. Shit jeszcze głośniej.
Dzieci na poboczu, hamulec w pogotowiu, kierunkowskaz zawczasu.
Sprzęgło, wajcha wyżej i gaz. Gaz. Gaz.
Dalej będzie z górki, wyrzucamy na luz.
Ale żeby nie było za pięknie, silnik nam się krztusi. Tym razem pod górkę.
Jeszcze piekarnia, zakręt z ułańską fantazją i ostatnia prosta.
I jeszcze pytanie: wchodzimy jako my, czy jako be dziewczynka ...
Życie jest jakby wyższą szkołą jazdy. A ja pamiętam, co się działo, gdy robiłam kurs. Kursy jazdy zawsze mnie szalenie frustrują.
dziś,
ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?