Dziś, czyli 20 marca 2012 roku, w pierwszy dzień wiosny astronomicznej, w połowicznie słoneczny wtorek, rozpoczynający się o 7 rano odkręceniem żaluzji, jest dzień matki. Tak, dobrze czytasz. Nie, to nie jest literówka. To dziś.
Moja ulubiona, ta co zawsze trasa w mieście, wczesne popołudnie. Dzieci wracające do domów ze szkół. Dziewczynka trzyma za rękę swoją mamę, w drugiej dłoni dzierżąc różową smycz, na której końcu drepcze mały, karmelkowy piesek. Inna podąża dziarskim, dystyngowanym na swój sposób krokiem, obok swojej wysokiej, czarnowłosej rodzicielki przytwierdzonej do szpilek rozmiaru XL. Jeszcze inna, znów za rękę, z czapką na oczach, trochę podbiega, by dogonić swoją, nagle zupełnie nieuprzejmą matkę. Skrzyczana nie wyrywa swojej małej łapki, tylko debatuje o czymś nie przerywając. Jeszcze nic nie wie. Ja już dawno bym zamilkła. Dalej znów matka z córką, tym razem nastoletnią, o dziwo także za rękę, zmierzają do fryzjera. Na przystanku- dorosła kobieta z młodym, chyba nie do końca sprawnym człowiekiem. I tak do samych na wpół otwartych drzwi na klatkę schodową.
Rozumiesz już więc, czemu ci piszę o dniu matki. Chyba często o tym myślę: czy ja też będę kiedyś prowadzić kogoś do szkoły i czy ten mały ktoś będzie ubóstwiał takie spacery, czy będzie raczej się ich bał, milcząc całą drogę. Czy w domu będzie ktoś na mnie czekał, czy raczej będzie czekał, aż z niego wyjdę... Czy dwudziesty marca i każdy inny dzień każdego innego roku będzie moim dniem?
Pozdrawiam,
ja.
P.S. Tak na marginesie. Jadę do domu. Jak po ogień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?