sobota, 17 marca 2012

the long day...


..is over. Tak śpiewa Norah Jones do mojej poduszki. Głos, który daje poczucie spokoju... bezcenny.

To był długi, piękny i ciepełki wiosenny dzień. Długi i pracowity. Cztery godziny przy sztaludze,
n ϵ C ,  n>0 ludzi nowych i nie tylko, godzina irytacji z powodu wcześnie pozamykanych i źle wyposażonych sklepów oraz perspektywa jutrzejszych kolejnych czterech godzin. Różnorodnie. Należałoby powiedzieć: "to lubię".

Wczoraj również piękny, wiosenny, przespacerowany dzień. I amen. Z radością.

Dylematów ciąg dalszy.  Tak, to już wiemy. Chcę cię jeszcze poinformować, że wiosna już działa. Tak, ta wiosna. Właśnie doszłam do wniosku, że zamierzam popełnić ponownie ten sam co zawsze "błąd" i nie ma siły, bym nie podjęła tego ryzyka. Wersja na dziś: uda się! Wersja awaryjna: będziesz miał dużo roboty, by mnie wyciągnąć za uszy z notorycznie czarnego humoro-rozżalenia. 

Dziś jest jednakże dziś.

jakoś tak nie romantycznie,
ja.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarz?