Nie będzie dziś listu.
Dziwny był to dzień. Ponury atmosferycznie, ciemny. Przyniósł mi ciąg dalszy rozwiązywania zagadek, które ostatnio mocno się skumulowały wokół mnie. Zagadek ludzkich.
Ubrałam się w niedawno nabytą, śliczną spódniczkę. Spotkałam się z człowiekiem, którego cenię bardzo, jeśli nie niemal najbardziej. Mój dobry duch. Tylko i aż.
Pierwszy raz w życiu użyłam mocnych słów w stosunku do człowieka, o którym mogę powiedzieć, że teraz już tylko martwię się o niego.
Nie miałam do czynienia i nawet nie myślałam o ludziach, którym udowodniłam, co mogłam, ale wciąż mogę tylko marzyć, bym mogła powiedzieć, że weszliśmy na drogę przyjaznego, bliskiego porozumienia.
Dowiedziałam się paru drobnych szczegółów na temat ludzi, którzy literalnie powinni być bliscy mi, a ja im. Z samego faktu istnienia. Powinni(śmy).
Stwierdziłam, że poprawiły się relacje z człowiekiem, którego mogę powiedzieć, że lubię i dzięki któremu poznaję, choćby tylko poprzez samo zetknięcie się "światów", życie, którego dotąd nie znałam. Możliwe, że wcześniej przerażałam. Na początku zawsze stwarzam dystans. Kropka.
Wszystko poniekąd łączy się z refleksją na temat słowa tytułowego. Na podsumowanie dnia natrafiłam w sieci na utwór muzyczny Natashy Bedingfield "soulmate". Zawsze zastanawiałam się, jak nazywają przyjaciela mieszkańcy krajów anglojęzycznych, skoro mają na kolegów, kumpli, znajomych i tym podobnych ludzi określenie "friend". Zanotowałam więc dziś mały przełom w głowie. Soulmate. Brzmi tak... tak odpowiednio. Tak dosłownie dobrze odzwierciedla znaczenie. Więc to jest ta znana mi z "Ani z Zielonego Wzgórza" bratnia dusza. Przyjaciel duszy. Przyjaciel w duszy. Mate -do tańca i do różańca i soul- więc w duszy. Wracając do piosenki. Dobra pointa.
Wszystko brzmi tak składnie i pięknie. Tylko czy 'soulmate' nie jest jedynie słowem? I, jeśli nie, czym jest zatem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?