Nie, proszę pani. Pani wybaczy, ale nie jestem pijana. Alkoholu do ust nie biorę. Niechże pani łaskawa postawi swą zacną stopę na chodniku, a przekona się wówczas, z jaką łatwością można dziś zaliczyć poziom zero w wyniku pośliźnięcia.
Błąkałam się po Plaży, jak zwykłam się błąkać czasem. Zawsze to cieplej i bezpieczniej niż na Starym Mieście. I zrozumiałam, co ludzie tu robią, gdy doszło do mnie, dlaczego się błąkam w ogóle. Nie ważne gdzie.
Przypomnij sobie Śniadanie u Tiffany'ego. Takie centrum handlowe (jubiler, whatever) jest jak oferta lepszego, szczęśliwego życia. Jest wybiegiem dla niespełnionych modelek. Wypełniona po brzegi tym co fajne, modne, uśmiechnięte. Jest jak słońce dla tych, co zapomnieli o życiowej fotosyntezie. O, pardon, nie słońce, tylko żarówka. Dosyć, mocna, ale wciąż emitująca tylko sztuczne światło.
Dobrze, dobrze, nie generalizuję. Jest to też miejsce wysoce użyteczne. Mój Discovery Channel jest przecież zawsze tylko subiektywny. Jednak myślę, coś w tym musi tkwić. Jakiś haczyk.
Zastanawiam się czasem, jak wyglądałabyś dziś, Mamo, wśród tych żarówek, "fajności" i mody, gdybyś była tu tak, jak wtedy. Ty- kobieta, którą znam- kobieta do granic kobiecości- nie przepadałabyś pewnie za tym wszystkim. Zamiast na zakupy, pewnie poszłybyśmy na długi spacer, kto wie, może jednak na Stare Miasto..
kocham Cię,
ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz?